Nie wypada być pegazem

Bo generalnie to w dzisiejszych czasach bycie pegazem jest trudne. Jakby sama niebieska sierść i kopytka nie przeszkadzały wystarczająco w codziennym funkcjonowaniu...

Pegaz na mikrobiologii - czyli czym się różni lekarz od wiedźmina

Nauka na mikrobach ogranicza się do dwóch podstawowych, niemalże egzystencjalnych pytań, z którymi prędzej czy później musi się zmierzyć każdy adept sztuki medycznej, praktykujący lekarz a także wiedźmin czy inny eksterminator...

Sen

Topos teatrum mundi w wersji kopytnej oraz sztuka improwizacji.

Dzień z życia praktykanta #4 - okiem Skaja

Na praktyki po czwartym roku przywiało nas ze Skajem na dwa różne oddziały. Ja swoich jeszcze nie zacząłem, ale za to on zaoferował się, że coś skrobnie. No i skrobnął. Nawet się nie domyślacie, jak ciężko było mi odczytać jego odręczne (odkopytne?) pismo...

Saksofon, jakiego nie znacie

Generalnie większość ludzi wie, albo przynajmniej kojarzy, że instrument, o którym mowa zyskał swoje miano od nazwiska swojego pierwszego konstruktora. Z Saxa to w ogóle niezły numer był...

poniedziałek, 20 lipca 2015

Dzień z życia muzyka

Gdy 13 maja 2015 roku niepozornie wyglądający niebieski pegaz wychodził rano z domu z futerałem na instrument zarzuconym na grzbiet, nie spodziewał się, że za dwa miesiące to właśnie ten dzień zostanie przeze mnie opisany na jego blogu.

Jak zapewne już większość z was zdążyła zauważyć, nawet jeżeli nie czytacie Dnia... od początku, Skaju jest saksofonistą. Nawet jeżeli wszystko wskazuje na to, że w przyszłości światła reflektorów i żel w grzywie będą ustępować miejsca lampom bezcieniowym i białym kitlom, swoją drugą pasję traktuje bardzo poważnie, co czasami wiąże się z pewnymi niedogodnościami. Bądź co bądź, duża i stosunkowo ciężka czarna walizka nie jest standardowym wyposażeniem studenta medycyny, a obowiązki pań w szatni  rzadko kiedy wybiegają poza standardową trójkę: kurtki, parasole, damskie torebki. Próba zostawienia u nich instrumentu kończy się zwykle pytaniami o zawartość walizki, odmową lub - i wbrew pozorom to jest najgorsze - Morderczym Spojrzeniem numer 7 znanym także jako Dobra Daj Mi To Coś I Zejdź Mi Z Oczu.

Ale warto. Nawet nie dlatego, że płeć piękna leci na muzyków (bo leci, ale o tym innym razem). Warto dla tego, co stanie się wieczorem. Gdy panie z szatni odprowadzą Skaja nienawistnym wzrokiem, wydawszy mu instrument, a nasz pegaz wsiądzie w autobus w drodze na koncert, zacznie się dzień z życia muzyka.


Autobus jest zwykle ostatnią chwilą na wyciszenie się przed graniem i pozbieranie myśli w samotności. Na miejscu zwykle za dużo się dzieje, zawsze trzeba coś sprawdzić, rozłożyć, czekać na nagłośnieniowca, który się spóźnia, dogadać ostatnie szczegóły koncertu z pozostałymi członkami zespołu... to całe cudowne zamieszanie, które sprawia, że krew zaczyna buzować już od chwili, kiedy z oddali zobaczysz scenę lub sam budynek, w którym masz za dwie godziny zagrać. Na razie jednak...

...trzeba się skupić na odnalezieniu backstage'u czy jakiegoś miejsca do rozłożenia się i zostawienia gratów na czas koncertu. Skaj nie może się doczekać, kiedy już będzie na tyle sławny i rozpoznawalny, że pracownicy obiektu sami z siebie przywitają go i pokażą drogę. Niekoniecznie do garderoby z gwiazdką przybitą na drzwiach. Serio, bądźmy realistami. Niestety na chwilę obecną wszyscy są zawsze bardzo zajęci i nikt nie ma czasu nawet spojrzeć na niebieskiego pegaza nerwowo rozglądającego się za kimś, kto wygląda na osobę odpowiedzialną za imprezę.


Takie garderoby, jak się już je znajdzie, bywają różne: od zupełnie nieistniejących po oddzielne pokoje albo namioty przy scenie plenerowej czasem nawet z bonusem w postaci cateringu. Na catering oczywiście nie rzucamy się jak banda hipsterów na moccacino z mlekiem sojowym w Starbucksie. Bądź co bądź, jesteśmy profesjonalistami. Najgorszym faux pas, jakie można w tym momencie popełnić, jest szturchnięcie gitarzysty kopytkiem i rozemocjonowany szept: Ziooooom, jemy?. Skaju jako Doświadczony Muzyk (DM) wie, że dozwolone jest najwyżej jedno dwu i pół sekundowe spojrzenie w stronę stolika i lekkie uniesienie kącika ust z aprobatą. Najpierw trzeba zająć się swoim instrumentem i zacząć przygotowania do występu.


Gdyby trzeba było wybrać jedną rzecz jako najmniej lubiany element przedkoncertowej rutyny, byłoby to na pewno nagłaśnianie zespołu. Nie tylko dłuży się niemiłosiernie, ale na dodatek i tak zawsze po występie ktoś podchodzi i mówi, że w ogóle nie było słychać saksu albo perkusja była za głośno. To zwykle trzeci moment, gdzie Skaju przenosi się myślami w daleką przyszłość, gdzie na wszystkie koncerty będzie jeździł z własnym dźwiękowcem. Drugi jest wtedy, jak w czasie grania okazuje się, że jednak nie słyszy się dobrze w odsłuchach. Naprawdę mało rzeczy potrafi tak zepsuć granie jak kiepski odsłuch, ot co.


Teraz doszedłem do momentu, w którym powinienem napisać coś o samym występie. Godzina zero, Skaj przybija piątkę z zespołem i wśród oklasków widowni wszyscy wychodzą na oświetloną scenę. Serce zaczyna mu mocniej bić, gdy mimochodem rzuca okiem na ludzi zgromadzonych trochę niżej przed nim. Lider daje znak i...

Stop. Niech tym razem przemówi muzyka. Mógłbym próbować opisać to, co dzieje się, gdy perkusista nabije pierwszy utwór, a zgromadzona we wszystkich energia wreszcie znajdzie ujście w decybelach wydobywających się z głośników. Mógłbym, ale to by się mijało z celem i wyszłoby sztucznie lub niepotrzebnie patetycznie, biorąc pod uwagę moje umiejętności pisarskie.


Ale to dobrze. W muzyce właśnie to jest piękne, że wcale nie potrzebuje słów, a każdy przeżywa ją sam w zupełnie niepowtarzalny i fantastyczny sposób i... Znów wyszło sztywno. Posłuchajcie lepiej Marienthala.

No i koniec. Aplauz, czasem bis, adrenalina opada. Ukłon, kurtyna. Trzeba w końcu pozbierać zabawki, wyjść do znajomych, których wcześniej zauważyło się ze sceny, podziękować za miłe słowa, gdy udają, że wcale nie słyszeli jak w połowie grania zepsułeś solówkę i... Wrócić do domu. Gra na dwa fronty jako student medycyny i muzyk przy dostatecznie dużej ilości samozaparcia lub - jak w przypadku Skaja - szczęścia może się udać, jednak rzadko jest czas, żeby po koncercie zostać na afterze. Niedługo po ostatnim ukłonie można zobaczyć jeszcze małego niebieskiego pegaza z czarną walizką na grzbiecie, jak przeciska się między ludźmi, co jakiś czas zaczepiając kogoś i podawszy na pożegnanie kopytko, mówi cicho: Dzięki za granie, stary. Muszę już lecieć. Widzimy się w środę.



Bo w środy Skaj ma próby zespołu.

piątek, 19 czerwca 2015

Sen


Akcja. Słychać brawa, ciężka kurtyna z czerwonego aksamitu pamiętająca chyba jeszcze czasy samej Heleny Modrzejewskiej idzie w górę. Aktorka grająca Julię wychodzi na scenę, a ty obserwujesz ją zza kulis, gdy nagle uświadamiasz sobie, że przecież zaraz obok niej ma pojawić się Romeo, którego w tej sztuce z jakiegoś powodu grasz właśnie ty.

Zapada cisza. Julia spogląda nerwowo w twoją stronę, z widowni zaczynają dochodzić pierwsze szmery przyciszonych rozmów, a ciebie ogarnia narastająca panika. Przecież nie umiesz tekstu. Mało tego - nie wiesz tak naprawdę, co się w ogóle dzieje. W międzyczasie czyjaś ręka wciska ci książeczkę z tekstem dramatu i wypycha na scenę. Zdesperowany, starając się nie myśleć o setkach oczu śledzących teraz każdy twój ruch, otwierasz szybko otrzymaną w ostatniej chwili ściągę tylko po to, żeby zorientować się, że nic cię już nie uchroni przed kompromitacją i zaprzepaszczeniem pracy wszystkich osób zaangażowanych w spektakl, bo kartki okazały się puste... i zrobione z naleśników?

Podobny sen w różnych wariantach na pewno przyśnił się zdecydowanej większości nas. Ten konkretny Skaj opowiedział mi prawie trzy lata temu podczas owej długiej nocy spędzonej w barze na początku naszych studiów, nad szklanką piwa, a w jego przypadku cydru, sączoną leniwie przy akompaniamencie jakiegoś bliżej niezidentyfikowanego jazzowego kawałka charczącego z głośników w kącie. 
„Wiesz” - powiedział - Gdyby to się działo naprawdę, poradziłbym sobie jakoś. Bo takie jest życie" - Zanim zdążyłem rzucić jakąś celną uwagą, jak to po paru głębszych włącza mi się tryb filozofa, odbiło mu się tak głośno, że aż barman z drugiego końca sali popatrzył na nas z politowaniem.


Gdzie z tym wszystkim zmierzam? Właściwie sam nie wiem, bo właśnie zorientowałem się, że motto tego tekstu będzie jednym wielkim truizmem rodem z tanich poradników do samorozwoju. Życie jest życiem, bo ma w zwyczaju stawiać nas przed trudnymi sytuacjami, na które nie mieliśmy szansy się przygotować, a umiejętność radzenia sobie z problemami to w dużej mierze zdolność do improwizacji... i co z tego? Podejrzewam, że gdyby ktoś, jakiś nieokreślony oniryczny byt, spróbował na tamtej scenie powiedzieć naszemu Romeo coś podobnego, zarobiłby cios kopytem w swój metafizyczny pysk. Nawet jeśli trudno mi wyobrazić sobie Skaja robiącego coś takiego w prawdziwym życiu.

Dlatego właśnie truizmu na koniec nie będzie. Weźcie idźcie coś zróbcie ze sobą zamiast czytać rozprawy o niebieskich pegazach. Improwizować też trzeba umieć. Każdy jazzman wam to powie.

wtorek, 19 maja 2015

Pegaz na mikrobiologii – czyli czym się różni lekarz od wiedźmina

źródło: thewitcher.com
Generalnie nauka na mikrobach ogranicza się do dwóch podstawowych, niemalże egzystencjalnych pytań, z którymi prędzej czy później musi się zmierzyć każdy adept sztuki medycznej, praktykujący lekarz, a także wiedźmin czy inny eksterminator:

Co to jest i jak to zabić?

Z tą różnicą, że studentów medycyny celowo rozprasza się jeszcze jakimiś mniej istotnymi ciekawostkami, coby w przypływie upojenia mocą nie zaczęli sobie masowo zapuszczać włosów i farbować ich na biało oraz pod fartuchem nosić dwóch mieczy jednego srebrnego, a drugiego nasączonego wankomycyną bądź jakimś innym antybiotykiem.


Oczywiście czytając rozprasza się ciekawostkami, należy rozumieć zakłada na szyje chomąto przytwierdzone do miliona faktów klinicznych i laboratoryjnych procedur. No i masz taką uprząż, co to ani sobie nie polatasz, ani nawet porządnie skrzydeł nie rozprostujesz. Nawet jeżeli by ci się to udało, są asystenci, którzy tylko czekają, żeby przypomnieć ci, gdzie twoje miejsce. Nawet bycie małym niebieskim pegazem i robienie maślanych oczu nie pomaga. Skaj wie próbował.

Asystenci... Właściwie chodzi tutaj o jedną asystentkę, która trafiła się naszemu pegazowi i będzie odtąd nazywana Buką.  Bo tak. Jej prawdziwej ksywki nie zamierzam ujawniać. Handlujcie z tym.

Nie chodzi o to, że jest trudno. Skaju radził już sobie z trudnymi przedmiotami i i często ma zwyczaj narzekać ot tak, dla samej sztuki żeby nie wyjść z wprawy. Niemniej asystent, który sprawia, że zaczynasz się denerwować już poprzedniego dnia, a po zajęciach z nim musisz przez chwilę ochłonąć i się uspokoić, jest warty wzmianki. Tym bardziej, że do tej pory trafiło się takich dopiero dwóch pierwszy był na drugim roku, na biochemii (jeśli parę osób będzie chciało, o nim też coś napiszę).


Po pierwsze, Buka jako jedyny z asystentów zwraca się do studentów per panie doktorze poza zajęciami w szpitalu. Robiła to nawet na drugim roku, kiedy była z nią immmunologia. Na szczęście wtedy Skaja ominęło jej towarzystwo. Wielu już w jej obecności chciało zaprotestować, że przecież my się dopiero uczymy, jednak takie sentymenty nikogo na mikrobach nie ruszają. Ktoś mógłby powiedzieć, że to tytułowanie pochlebia studenciakom i rzeczywiście często tak jest, jednak Skaj nie może się pozbyć wrażenia, że Buka robi tak raczej po to, żeby się z niego nabijać.


Mimo wszystko jaka by nie była, trzeba jej przyznać, że potrafi utrzymać dyscyplinę wśród studentów. Nigdy nie podnosi głosu, nawet kiedy musi komuś zwrócić uwagę (zwykle jest to ktoś, kto zajęć z Buką na co dzień nie ma). Wszystkie słowa cedzi z ust tym samym obojętnym, zimnym niczym dłonie patologa po pracy tonem, a jej twarz jak  nieruchoma maska zdaje się wyrażać tylko pogardę dla bandy leserów i idiotów, którzy kiedyś o zgrozo będą leczyć ludzi. Kto wie, może swego czasu w jej oczach można było dostrzec iskrę pasji i powołania do kształcenia nowych pokoleń medyków, jednak jej obecni studenci stąpają już tylko po zgliszczach owego płonącego niegdyś zapału, który z czasem przerodził się w zimną, wyrachowaną determinację.

I chyba właśnie to najbardziej Skaja przeraża i denerwuje w osobie doktor Buki.  U niej, na przedostatnim przedmiocie teoretycznym tych studiów, musisz stawić czoła prawdzie: jest pięćdziesięcioprocentowa szansa na to, że będziesz jej kolejnym rozczarowaniem. Kolejnym lekarzem, który nie potrafi prawidłowo opisać i przechować próbki kału, nie wspominając już o pobraniu krwi na posiew albo błędnym dostarczeniu do laboratorium wymazu z przedsionka nosa, gdy podejrzewa się zapalenie zatok o etiologii bakteryjnej (w tym przypadku tylko punkcja, nie żadne tam wymazy!). Właśnie tak.

Tylko że wcale nie.

Za parę lat, kiedy do doktora Skaja przyjdzie jakiś pacjent wymagający diagnostyki mikrobiologicznej, wszystkie właściwe próbki zostaną pobrane we właściwy sposób, opisane i wysłane specjalnie do laboratorium doktor Buki razem ze zdjęciem niebieskiego pegaza pokazującego język do obiektywu. W sumie gdyby nie to, że ma kopytka, pewnie pokazałby środkowy palec, więc może to i lepiej, że go Bozia takimi a nie innymi kończynami obdarzyła... Ahem... No więc przyjdą do niej te próbki i to zdjęcie.

A wtedy Buka w końcu się uśmiechnie.

------------------------

Przy okazji, dodałem do strony głównej zakładkę „O blogu”, jakby ktoś był ciekawy o co kaman.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Rozmowa ze smokiem #1

Czkawka, gdyby mógł, latałby na pegazie.
Szczerbatek is not amused
Przynajmniej tak stwierdził Skaj po obejrzeniu w kinie tej animacji z wikingami tresującymi smoki. Nie żeby ktoś wziął to na poważnie. Umiarkowana i racjonalna doza zazdrości nie jest niczym dziwnym, szczególnie gdy od dłuższego czasu wszędzie słyszy się zachwyty na temat majestatycznych inteligentnych gadów, a samemu jest się małym skrzydlatym konikiem z miękką sierścią zamiast oszałamiających łusek o kolorze nocnego nieba. Z tego wszystkiego po wyjściu z seansu tylko kopytka jakby ciut ciężej niż zwykle zdają się stukać o chodnik, a spuszczona głowa pogrążona w myślach uważnie obserwuje każdy krok.

No bo jeżeli już nawet smoki są takie miłe, ładne i przyjazne, to gdzie w takim świecie jest miejsce dla pegazów? I co się stało ze starymi, dobrymi bestiami, które machnięciem ogona mogły zmieść z powierzchni ziemi pół wioski, drugie pół jednocześnie przypiekając ogniem na chrupko? Czy wszystko, co ma się podobać dzisiejszej młodszej publiczności, musi w mniejszym lub większym stopniu przypominać kota?


I tak, zanim ktokolwiek znowu zwrócił uwagę na milczącego pegaza trzymającego się z boku, Skaj postanowił, że ktoś musi mu odpowiedzieć na parę pytań i głęboko w swoim niebieskim zadzie ma konwencję bloga i jakiekolwiek resztki realizmu, a także swoją niechęć do crossoverów. Potarł lekko przednim kopytkiem o chodnik dla dramatycznego efektu i upewniwszy się, że wszyscy na niego patrzą, bez słowa wystartował w górę.


Jeszcze tylko mały przystanek w domu na siku, spakować notatnik i wszystko gotowe do podróży.


Rozmowa ze smokiem


 – Dlaczego przyjaźnisz się z ludźmi? Dlaczego pozwalasz im się traktować jak zwykłe bezrozumne zwierzę? Ty niby masz być potomkiem gromu i błyskawicy?

Gdyby nie fakt, że Skaj był jakieś cztery razy mniejszy od rozmówcy, te pytania mogłyby nawet brzmieć oskarżycielsko. Niestety trudno jest oskarżać kogoś, kto machnięciem łapy może ci pogruchotać kości i właśnie spogląda na ciebie z uśmiechem wyrażającym uprzejme zainteresowanie. Zamiast tego pegazowi wyszło coś pomiędzy stęknięciem a płaczliwym protestem. Z rezygnacją pogratulował sobie w duchu, że przynajmniej głos drżał mu tylko troszkę.
 – O ile dobrze pamiętam, to był przeklęty pomiot burzysmok przewrócił oczami ale twoja wersja podoba mi się bardziej. Widzisz kontynuował moglibyśmy leżeć teraz w jakiejś ponurej pieczarze w górach, pomiędzy walającymi się wszędzie zwęglonymi kośćmi i tego typu podobnym badziewiem. Bez większego problemu mogłem zestrzelić cię z nieba pociskiem z plazmy, gdy widziałem, jak lecisz w moją stronę. Wreszcie, rozmawiając teraz z tobą, mógłbym siedzieć dostojnie wyprostowany zamiast ryć w ziemi kawałkiem starego konara...

Skaj ostrożnie przyjrzał się nieregularnym wzorom żłobionym naokoło przez smoka.


  Bardzo... ładne. - wypalił nagle, uśmiechając się do Szczerbatka. Te wzory takie... intrygujące... próbował brzmieć choć trochę przekonująco, choć jego wiedza o sztuce ograniczała się się zwykle do rozróżniania obrazów na takie, które mu się podobają, i te brzydsze. Czasem, tak jak teraz, gdy chciał zabrzmieć inteligentnie, używał też różnych wariacji słowa ciekawe. Sztuka Szczerbatka była czymś przypominającym hybrydę Pollocka i Picassa. Współcześni artyści, żeby tworzyć coś takiego, potrzebowali według Skaja co najmniej tyle samo tupetu, ile talentu, jednak to spostrzeżenie postanowił wyjątkowo zachować dla siebie.


  Dzięki Smok się rozpromienił.
Postanowiłem poeksperymentować z klasycznym ujęciem preindustrialnego nihilizmu wyjaśnił z dumą w głosie. Czkawka nigdy by się na tym nie poznał, dlatego...
 – No właśnie! Skaj zyskiwał pewność siebie. Jest wobec ciebie protekcjonalny, a ty mu na to pozwalasz. Zachowujesz się przy nim jak zwierzę - dodał, licząc, że rozmowa powróci na pierwotne tory i nie będzie musiał obnażać swojego braku wiedzy na temat jakiegokolwiek nihilizmu, a już szczególnie preindustrialnego.
  Słuchaj Szczerbatek westchnął ciężko i odłożył konar. Zdradzę ci pewien sekret Pochylił się nad pegazem tak, że ten musiał zadrzeć głowę do góry, żeby spojrzeć mu w oczy. Nie jestem człowiekiem.
  W... wiem, ale...
  Nie wiesz Smok przez chwilę wydawał się rozbawiony, ale zaraz spoważniał. Czkawka nigdy nie będzie mnie traktował jak człowieka, a ja wcale tego nie chcę. Udawanie kogoś, kim się nie jest tylko po to, żeby sprostać cudzym wyobrażeniom i oczekiwaniom jest głupie. Fakt, że smoki mają zupełnie inne prawa i obowiązki niż ludzie, wcale nie przeczy temu, że jesteśmy równi jako osoby... Nadążasz?



Skaj powoli pokiwał głową, nie spuszczając wzroku z rozmówcy.

  No to pozwól, że zapytam: woziłeś kiedyś kogoś na swoim grzbiecie?
zagadnął niespodziewanie Szczerbatek.
  Zdarzyło mi się Pegaz wzruszył skrzydłami. Czasem, jak musiałem opiekować się jakimś młodszym dzieckiem...

"Na szczęście nie za często"
dodał już w myślach. Skaj bał się dzieci. Zapytany zwykle wolał mówić, że po prostu za nimi nie przepada, ale tak naprawdę chodziło o to, że wydawały się mu przerażająco... bezpośrednie. Nie ważne, kim jesteś, czy w przyszłości zostaniesz lekarzem, czy na ostatnim koncercie dostałeś owacje na stojąco. Jak nie radzisz sobie z zabawianiem trzylatka dłużej niż dziesięć minut, jesteś zerem. Jeżeli samo dziecko nie da ci tego do zrozumienia, zrobią to osądzające spojrzenia Reszty Świata.

  Czy uważasz, że cię to poniża?
kontynuował po chwili smok. Nie siedział już przy pegazie. Wpatrywał się w spokojną taflę jeziora wypełniającego prawie pół kotliny, w której się znajdowali.
  Rozumiem wymamrotał Skaj, przyglądając się swoim kopytkom, ale po chwili znowu podniósł głowę. Po prostu część mnie chciałaby, żeby smoki były groźne i dostojne, wiesz?
- A ja wolę mieszkanie w cichej wiosce mojego przyjaciela od samotnej pieczary w górach stwierdził Szczerbatek stanowczo, wstając nagle i rozwijając skrzydła. Miło się rozmawiało, Skaj. Odwiedź kiedyś Berk, jeżeli będziesz miał ochotę rzucił na pożegnanie.

Gdy tylko wypowiedział ostatnie słowo, wybił się mocno do góry potężnymi kończynami, wzlatując pionowo w niebo.  Zaskoczony pegaz poczuł na pyszczku mocny strumień powietrza odpychanego wielkimi skórzastymi skrzydłami. Po chwili smok był już tylko czarnym kształtem na wieczornym niebie, a sam Skaj patrzył przez jakiś czas w górę na jego dostojną sylwetkę, która wkrótce zniknęła mu z oczu.


Wtedy przyszło mu do głowy, że jego rozmówca pokazał mu dzisiaj tylko jedną stronę swojej natury. Może to naiwne, życzeniowe myślenie, ale gdy Szczerbatek rozłożył skrzydła do lotu, w jego oczach pegaz zauważył coś, co uświadomiło mu, że ma przed sobą nocną furię najrzadszego i najinteligentniejszego z wszystkich smoków. Niebezpiecznego drapieżnika, a nie tylko przytulankę, za którą ten chciał z jakiegoś powodu uchodzić.


Nagle, tuż przy swoim uchu Skaj usłyszał cichy szept:

Ten nihilizm to był tylko pic na wodę. Tak sobie tylko kreśliłem w ziemi.
Gdy momentalnie obejrzał się za siebie, nikogo już nie zobaczył. Uśmiechnął się lekko do siebie, wyjął z sakwy pióro z notatnikiem, po czym usiadł na ziemi i korzystając z ostatnich promieni zachodzącego słońca, zaczął pisać.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Dzień z życia praktykanta #2 – Typy pacjentów

Na oddział pierwszego dnia praktyk Skaj wszedł powolnym acz miarowym krokiem, na bardzo ostrożnych kopytach tak, żeby nikt przypadkiem się nie zorientował, że nie ma bladego pojęcia, gdzie dokładnie idzie i gdzie może być ten Ktoś, kto wie. Niestety prawda jest taka, że nawet opieka zawodowej pielęgniarki ani towarzystwo bardziej doświadczonej koleżanki ze studiów nie uchroniła go przed spotkaniem z pierwszym typem pacjenta.



1. Obrażony
To pacjent, który wie czego chce. Tylko dziwnym trafem chce przeważnie dokładnych przeciwieństw tego, co powinien. Nigdy nie wiadomo, czy trafi się na jego dobry humor,  czy może trzeba będzie spędzić parę minut na przekonywaniu go o celowości zrobienia zastrzyku przeciwkrzepliwego lub w ostateczności poprosić oddziałową, żeby zajęła się nim osobiście. Odmawia przygotowania do zabiegu, na który wyraził zgodę dzień wcześniej. Kara praktykantów za spóźnienie do pracy... odmawiając przyjęcia swojego leku pół godziny później niż zazwyczaj.
Ulubione powiedzonka: A po co?, Proszę na mnie nie eksperymentować!


2. Więzień
Przez większość czasu jest wzorowym pacjentem, który lubi czasem przekomarzać się z pielęgniarkami, jednak w czasie dwóch tygodni potrafi trzy razy potrafi spróbować wypisać się na własne żądanie. To nic, że nie może samemu nawet założyć sobie skarpetek i musi mu w tym pomóc naiwny, młody praktykant. W przeniesieniu go na wózek inwalidzki musi uczestniczyć jeszcze jedna sanitariuszka, bo często swoje waży, a o własnych siłach się nie podniesie. Oczywiście z wyżej wymienionych powodów  ostatecznie pacjent zostaje w szpitalu. W ekstremalnych przypadkach swoje niezadowolenie obwieszcza krzykiem słyszalnym na całym oddziale.
Ulubione powiedzonka: Sioooostrooo...



3. Bezproblemowy
Z reguły młody. Szczególnie na oddziale specjalizującym się w geriatrii poważnie zaniża średnią wieku. Nie mówi dużo, nie narzuca się, jest posłuszny.  Jedyny minus kiepsko się uczy zmieniania kroplówek na dwumetrowym dryblasie, który jest widocznie poirytowany twoją niekompetencją. Wybuchnie czy nie wybuchnie oto jest pytanie. Często sam fatyguje się do pokoju zabiegowego, gdy chce o coś poprosić zamiast bezlitośnie dzwonić dzwonkiem w sali.
Ten typ występuje jeszcze w postaci ekstremalnej. Pacjent megabezproblemowy nie przejmuje się niczym. Gdy trzeba zawieźć go do innego skrzydła budynku na zdjęcie rentgenowskie, bez krępacji siada na wózek w samych majtkach, bo akurat tak zastał go praktykant. Wystarcza mu koc, który zostaje na niego narzucony po chwili konsternacji.
Ulubione powiedzonka: ...



4. Neptyk
Pacjent, który nie kontaktuje, albo ledwo kontaktuje. Pół biedy jak leży sobie spokojnie wtedy najgorsze, co może być, to trochę zakłopotania i niepewności, gdy trzeba takiemu pacjentowi zrobić zastrzyk, zmierzyć cukier... cokolwiek. A może po prostu nie usłyszał? Poczekać i spróbować zapytać się jeszcze raz, tylko głośniej? Trzeba dawać mu pić przez słomkę, domyślać się, co chce powiedzieć/przekazać  bo z porozumiewaniem się ciężko, martwić się, że maska do nebulizacji nie działa najlepiej w pozycji leżącej.
Gorzej jak neptyk jest ruchliwy. Potrafi taki wstać do toalety, mimo że mu nie wolno i przy okazji rozbić sobie łuk brwiowy (praktykant zwykle nie narzeka w takiej sytuacji, bo przy okazji może sobie zobaczyć z bliska badanie tomografem komputerowym). Inny znowu wyrywa sobie wenflon z nogi i bez przerwy się wierci, nie reagując na niewielką kałużę krwi w nogach łóżka i biednego studenta, który akurat jest sam i nie może jednocześnie przytrzymywać rany i sprzątać tego całego bałaganu. Po prostu brakuje kopytek.
Zdarzają się też neptycy ukryci, którzy potrafią cię zmusić do poszukiwania zaginionego zdjęcia męża, którego nigdy nie było. Oczywiście dowiadujesz się o tym od starszego kolegi dopiero po przetrząśnięciu całej sali na kolanach.
Ulubione powiedzonka: gdyby mieli, nie byliby neptykami.



5. Babcia/Dziadek
Najprzyjemniejszy typ pacjenta. Taki co to uśmiechnie się, podziękuje za zastrzyk i przy okazji spróbuje cię wyswatać ze swoją wnuczką. To znaczy akurat Skaja nie próbowali. Wątpliwy status gatunkowy ewentualnego potomstwa zawsze zdaje się przeważać nad urokiem osobistym i nienaganną aparycją naszego niebieskiego pegaza. Najfajniej jest taką babcię albo dziadka zabrać na jakąś konsultację do lekarza specjalisty, gdyż zawsze wiąże się to z kilkoma godzinami czekania (kochany NFZ), a z takim pacjentem zawsze można liczyć na ciekawą rozmowę. To typ z poczuciem humoru i pogodą ducha, a co ważniejsze z ogromem wiedzy życiowej i masą historii do przekazania.
Raz zdarzyło się Skajowi zabrać takiego na kolonoskopię. Gość okazał się być profesorem z krakowskiej politechniki i miał szczególnie dużo do powiedzenia. Gdy zauważył na ścianie stary endoskop, zaczął opowiadać nawet o zasadzie działania tego typu sprzętu medycznego. Przed i... po tym bolesnym zabiegu. Serio, wracając na oddział facet rozprawiał o swoich studentach jak gdyby nigdy nic. Jak gdyby dosłownie pięć minut temu nie miał grubego czarnego przewodu wetkniętego do odbytnicy. Takie hardkory tylko na internie!

Notka na koniec:
Występują jeszcze typy mieszane oraz pewnie inne, których tutaj nie ma. Jest też jedna rzecz, która łączy tych wszystkich ludzi. Są chorzy. Autentycznie cierpią i nierzadko boją się o swoje życie. Żarty żartami, ale jakby nie byli wkurzający i kłopotliwi, wiele im można wybaczyć. Poza tym większość ludzi w branży i tak wie, na co się pisze, wybierając swój zawód. Większość pegazów z kolei nie bardzo wie, ale nie daje tego po sobie poznać i stara się koncentrować na tym, co najważniejsze.

poniedziałek, 24 marca 2014

Dzień z życia praktykanta

Nie planowałem tego i w sumie było mi to obojętne. Potrzebne, żeby zaliczyć pierwszy rok? Spoko. To się jakoś zaliczy w przerwie między wylegiwaniem się na trawie a nicnierobieniem. To, że znalazłem się akurat na oddziale chorób wewnętrznych, było zwykłym przypadkiem. Zależało mi na tym, żeby praktyki po pierwszym roku odbyć GDZIEKOLWIEK, byle nie musieć za nie płacić. Po paru dniach załatwiania papierów i uśmiechania się do sekretarek miałem już dość traktowania mnie jak zło konieczne i gdy wreszcie znalazłem oddziałową, która była chętna mnie wziąć pod swoje skrzydła, liczyłem, że pójdzie już z górki.

Tym razem skrzydła metaforyczne. Po pierwsze prawdziwych nie posiadała, a po drugie nikt w szpitalu nie ma czasu na to, żeby ciągle niańczyć średnio rozgarniętego studenciaka (niżej podpisanego).

Naprawdę nikt, o czym miałem okazję sam się przekonać. Ordynator oddziału? Spróbowałem go raz przyłapać na korytarzu, kiedy jeszcze mój umysł nie był w stanie do końca ogarnąć konceptu sekretarki. Prawie biegnąc obok niego, dowiedziałem się, że nie ma czasu, bo pacjent i tak, oczywiście, proszę przyjść później”. Spławił mnie  jakoś tak dziwnie, że nie tylko nie poczułem się rozczarowany, ale byłem mu jakoś dziwnie wdzięczny, że w ogóle raczył mnie zauważyć. Ten człowiek musiał mieć styl, ot co. I wtedy w moim sercu zrodziło się postanowienie: Kiedyś też tak będę potrafił spławiać ludzi”.

Pielęgniarki na szczęście były na mnie skazane i trochę rzeczy mi pokazały, jeżeli się je o to poprosiło. Z reguły po to, by się mnie pozbyć, albo żebym mógł je w czymś wyręczyć... ale o to właśnie chodzi w praktykach, no nie? Ciągle żałuję, że nie byłem bardziej stanowczy w kwestii zakładania wenflonów i pobierania krwi, bo ani jednego ani drugiego nie miałem okazji się nauczyć. Rozumiem, gdybym od razu pchał się do skalpeli czy odbierania porodów, ale, kurczę, zwykłą igłą raczej ciężko człowieka zabić. Musiałbym naprawdę się postarać. Aż tak źle mi z oczu patrzy?

Nie powiem, może nie nauczyłem się, tyle ile mogłem, o co mogę mieć pretensje tylko do siebie. Na pewno też nie tyle, ile paru szczęściarzy z mojego roku, którzy praktyki mieli na ciekawszych oddziałach, albo trafili na bardziej opiekuńczych opiekunów. Wydaje mi się jednak, że najważniejszy był tutaj pierwszy kontakt z funkcjonowaniem szpitala "od kuchni" oraz z pacjentami. A propos tych ostatnich, udało się nam ze Skajem wyróżnić kilka typów. Opiszę w następnym poście.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Ciężar odpowiedzialności... studenta?

Medycyna to ciężkie studia, ale też bardzo prestiżowe. Skłamałbym, mówiąc, że ten fakt nie ma żadnego wpływu na wybór mojego przyszłego zawodu. Oczywiście - chcę w przyszłości pomagać ludziom. Chcę ratować życia. Niemniej jednak powołanie powołaniem, bycie lekarzem to też niczego sobie zarobki i szacunek społeczeństwa i taka swoista fama, która przylega do młodych adeptów sztuki medycznej już od pierwszego roku studiów. No właśnie - a propos tej famy...

Dlaczego niektórzy ludzie nie widzą różnicy między studentem medycyny a młodym lekarzem?

Nie, to nie jest wkurzające. Powiedziałbym nawet, że do pewnego stopnia łechta moją próżność w ten sam sposób, jak kiedy jakaś babcia na oddziale geriatrii zwróci się do mnie per "Panie Doktorze", bo zobaczyła, że noszę kitel. Serio, biały fartuch to +10 do profesjonalizmu. Muszę rozważyć pisanie kolokwiów w stroju roboczym... może pomoże na moje zaliczenia?

Bo co to... a, tak. Bo ja zupełnie nie o tym. Chciałem wspomnieć o czymś, co na razie mnie bawi, ale boję się, że w przyszłości zacznie irytować. Prośby o porady medyczne (badum tss).

Starsze panie, np. sąsiadki mojej babci, jestem w stanie zrozumieć, ale żeby moi rówieśnicy? Nie jest tego oczywiście jakoś dużo - po trzech semestrach mojej nauki takie przypadki można policzyć na palcach jednej ręki. Wciąż jednak zapadają w pamięć z wyżej wymienionych powodów. Poniżej parę przykładów. Endżoj.

1. Dzwoni kolega. Planuje wybrać się w odwiedziny do innego znajomego, który leży w szpitalu z zapaleniem opon mózgowych. Mam mu powiedzieć, co można takiej osobie kupić. Nawet jeżeli wiedziałbym coś o patomechanizmie tej choroby, wątpię czy znałbym wszystkie możliwe zalecenia dotyczące terapii i przebiegu choroby. Dopiero jak już odłożyłem słuchawkę, pomyślałem, że mogłem chociaż odradzić kupowanie wódki. Niby oczywiste, ale, jak widać, nigdy nic nie wiadomo...

2. Wiadomość na fejsie: Ej, Ojtam, czy lek X można brać na noc?”. Ahem... Po pierwsze przeczytaj ulotkę, po drugie przeczytaj ulotkę, po trzecie jeszcze nie miałem farmakologii, po czwarte PRZECZYTAJ ULOTKĘ. Czy wspominałem o czytaniu ulotki? Ewentualnie można skonsultować się z farmaceutą, jak już się nie chce do prawdziwego lekarza. Farmaceuta się na tym zna. Do tego też trzeba skończyć studia, wiedzieliście?

3. Czy zabieg usunięcia jakiejś tam cysty jest inwazyjny i czy na pewno jest bezpieczny? Zapytaj się lekarza. Ewentualnie innego lekarza. NIE studenta medycyny. Tutaj jednak będzie jedna rada ode mnie: nie czytać forów internetowych i uważać z pytaniem Wujka Google o takie rzeczy. Można niepotrzebnie się zacząć stresować, bo albo wyjdzie z objawów rak pęcherza moczowego, albo dowiemy się, że umrzemy, bo ciocia internauty Kamilexxxx345 miała kiedyś transfuzję i umarła. Serio? SERIO?

Reszta tego typu historii jest podobna. Moim znajomym, którzy się rozpoznali w którejkolwiek z tych historii dziękuję za zaufanie (nawet jeżeli zupełnie błędne) i obiecuję jak najlepiej się uczyć, żeby kiedyś odpowiadać rzetelnie na takie i trudniejsze pytania. Mam nadzieję, że nikogo nie uraziłem, bo to nie było moją intencją.

Ostatni akapit gwoli wyjaśnienia, bo studia medyczne są bardzo logicznie zorganizowane...  a raczej były przed reformą, na którą niestety mój rocznik się już załapał. Kto na tym ucierpi? Przede wszystkim nasi przyszli pacjenci. Pierwotny zamysł był taki: najpierw uczysz się, jak ludzki organizm jest zbudowany, potem jak to wszystko działa, dopiero potem są różne nieprawidłowości i ich leczenie - tak zwane przedmioty kliniczne. Większość studentów pierwszych lat może najwyżej sypnąć paroma ciekawostkami o ludzkim ciele albo powiedzieć, co to znaczy splenomegalia”. Ktoś ciekawy? Tak myślałem.