Nie wypada być pegazem

Bo generalnie to w dzisiejszych czasach bycie pegazem jest trudne. Jakby sama niebieska sierść i kopytka nie przeszkadzały wystarczająco w codziennym funkcjonowaniu...

Pegaz na mikrobiologii - czyli czym się różni lekarz od wiedźmina

Nauka na mikrobach ogranicza się do dwóch podstawowych, niemalże egzystencjalnych pytań, z którymi prędzej czy później musi się zmierzyć każdy adept sztuki medycznej, praktykujący lekarz a także wiedźmin czy inny eksterminator...

Sen

Topos teatrum mundi w wersji kopytnej oraz sztuka improwizacji.

Dzień z życia praktykanta #4 - okiem Skaja

Na praktyki po czwartym roku przywiało nas ze Skajem na dwa różne oddziały. Ja swoich jeszcze nie zacząłem, ale za to on zaoferował się, że coś skrobnie. No i skrobnął. Nawet się nie domyślacie, jak ciężko było mi odczytać jego odręczne (odkopytne?) pismo...

Saksofon, jakiego nie znacie

Generalnie większość ludzi wie, albo przynajmniej kojarzy, że instrument, o którym mowa zyskał swoje miano od nazwiska swojego pierwszego konstruktora. Z Saxa to w ogóle niezły numer był...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lajf is Lajf. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lajf is Lajf. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 grudnia 2016

Pegaz na elementach profesjonalizmu – czyli „ciężar odpowiedzialności... studenta?” – #2

 
Profesjonalizm? Oj tam, oj tam... Chcę być jak doktor HAŁS!
Tak, mamy taki przedmiot na piątym roku. Nie śmiać się. Ej, ty też nie! To bardzo nieprofesjonalne z waszej strony. Oczywiście, że taki przedmiot jest bardzo potrzebny. Dlaczego? Bo mamy z niego zaliczenie, więc to musi być ważny przedmiot. Ot, co! Poza tym gdyby elementy profesjonalizmu nie były tak ważne dla naszej przyszłej pracy, to te godziny zamieniono by nam na medycynę ratunkową, na której zdążyliśmy tylko powtórzyć algorytm pierwszej pomocy z liceum i trochę popompować fantomy. Ewentualnie na dodatkowy angielski medyczny, skoro ilość godzin przedmiotów humanistycznych musi się zgadzać. Proszę? Że niby jeszcze im byśmy wyemigrowali? Ćśśś... Ja nic nie wiem.

No. W każdym razie to była taka kilkugodzinna pogadanka z psychologiem i dyskusja w grupie. Na przykład kazali nam wypisać na karteczkach, jakie cechy powinien według nas mieć profesjonalny lekarz, a potem uszeregować je w grupach według ważności. Co się bardziej liczy: empatia czy może zdrowy styl życia? A może pokora? To są prawdziwe dylematy lekarza praktyka, a nie jakieś tam ekagie czy inne fizjololo.
 Chociaż... z drugiej strony nie możemy ze Skajem powiedzieć, żebyśmy się specjalnie wynudzili podczas tych paru godzin. Jak już zmuszono naszą grupę do wymiany poglądów, okazało się, że pod sformułowaniem „partnerska relacja z chorym” każdy rozumie coś trochę innego, a niewybaczalnym faux pas w niektórych sytuacjach może się okazać noszenie zbyt drogiego zegarka. Tylko szkoda, że dla studentów to wciąż jeszcze problemy mniej lub bardziej oderwane od rzeczywistości. Nawet jeśli od tej rzeczywistości dzieli nas już coraz mniej egzaminów do zaliczenia.

Tymczasem taki niepozorny niebieski pegaz w kitlu przemykający na co dzień przez szpitalne oddziały w towarzystwie grupki studentów ma całkiem sporo własnych dylematów, z którymi musi się zmierzyć. Mniej więcej cztery lata temu poruszyłem tu temat ludzi oczekujących od świeżo upieczonego studenciaka na pierwszym albo drugim roku porad medycznych. Teraz, po paru latach spędzonych na uniwersytecie, dylematów tylko przybyło. Coraz ciężej Skajowi zasłaniać się niewiedzą, bo zadawane pytania z reguły mniej lub bardziej pokrywają się z tym, co miał na zajęciach, a każde z nich ma w zwyczaju traktować jak osobiste wyzwanie. Każdy lubi błysnąć erudycją, wiadomo.

Pomijam nawet takie oczywistości, jak bezwzględny zakaz udzielania pacjentom w informacji o ich stanie zdrowia, gdy mamy zajęcia w szpitalu. Chociaż mieliśmy na drugim roku taki przypadek – w pierwszym tygodniu zajęć klinicznych w dodatku na oddziale miłościwie nam panującego dziekana – kiedy jedna z koleżanek niechcący poinformowała pacjenta, że może mieć raka nerki. Tego typu faux pas na szczęście nie zdarzyło się już nigdy więcej, a przynajmniej o niczym podobnym nie słyszeliśmy.

Z samego Skaja też żaden gieniusz, chociaż wpadki miał mniej spektakularne. Na przykład ostatnio znajomy wysłał mu tomografię swojej głowy celem sprawdzenia, czy jest poprawnie zrobione. Bo że się chłop połamał, to wiedział i bez tomografii. No to sobie niebieski pegaz zerknął w myśl zasady „pomóc nie pomoże, ale popatrzeć zawsze można”. Koniec końców zobaczył szczelinę złamania żuchwy tam, gdzie jej nigdy nie było i w dodatku po złej stronie. Dopiero jakiś czas później poprawił mu się humor, jak na ortopedii dziecięcej usłyszał od prowadzącego, że lekarze zaraz po studiach przeprowadzają zwykle nawet do 80% błędnych diagnoz na podstawie zdjęć RTG.
Niemniej źle ocenić stronę to wciąż trochę kiepsko...
Złośliwi powiedzą, żeby zamiast próbować się wymądrzać, wracać do książek... i będą mieli rację. Tylko co w sytuacjach, kiedy znamy, albo jesteśmy prawie pewni odpowiedzi na nurtujące naszych rozmówców pytania? Czy mimo to nic nie mówić i tylko odesłać do prawdziwego lekarza? A może jednak warto podzielić się najpierw naszymi spostrzeżeniami, skoro już jesteśmy o nie pytani? Co w sytuacji, kiedy bliskie nam osoby odmawiają konsultacji z lekarzem?

Nasz wspólny kolega opowiadał ostatnio, jak jedna z jego ciotek podczas jakiegoś rodzinnego zjazdu wspomniała, że czasem „pobolewa ją serce”. Dopytana w miarę dokładnie opisała książkowe objawy bólu wieńcowego i oczywiście odmówiła wizyty u kogoś z dyplomem. Szansa na to, że przemówi się takiej do rozsądku – praktycznie zerowa (wiem, co mówię, mieszkam w domu z antyszczepionkowcem). Warto próbować? Albo ważniejsze pytanie – czy dobrze się będę czuł/czuła, jeżeli odpuszczę?

Kolejna historia. Na trzecim roku Skaj dostał wiadomość od znajomej. Podczas rutynowej operacji bliskiej jej osoby doszło do powikłania w postaci ciężkiej hiponatremii*. Nasz pegaz został wprost zapytany, jak bardzo poważny jest ten stan. No więc bardzo: może prowadzić do obrzęku mózgu, a w konsekwencji nawet do śmierci. Tylko jak powiedzieć coś takiego komuś, kto i tak odchodzi już od zmysłów i nie ma zresztą na nic wpływu? Tym bardziej, że udzielanie informacji rodzinie pacjenta należy do lekarza prowadzącego.

Zawsze można się zasłaniać magicznym „przecież jestem dopiero na studiach”. Niestety problem Skaja jest taki, że za półtora roku już nie będzie, a z medycyną będzie się stykał także poza swoim oddziałem w szpitalu. I z całym szacunkiem do pani psycholog, na drogie zegarki jeszcze długo naszego pegaza nie będzie stać, a jeśli chodzi o tak zwane „umiejętności miękkie”, nie da się ich nauczyć za pomocą trzygodzinnego wykładu.

Pewne rzeczy każdy musi sobie sam wypracować. Nauczyć się na błędach. Trochę teorii na pewno w tym nie zaszkodzi, jednak czy w takiej formie, w jakiej zostało to nam zaserwowane... Można by polemizować.

----------------

*hiponatremia - niedobór jonów sodu w surowicy krwi. Opisywana sytuacja na szczęście skończyła się dobrze ;)

----------------

Aha, i spóźnione życzenia z okazji świąt Bożego Narodzenia ode mnie i od Skaja <3
...i jako że jest mała szansa na spłodzenie przeze mnie czegoś nowego przed Sylwestrem, wesołego nowego roku! Może ogólny wydźwięk tego wpisu nie był zbyt optymistyczny, ale to nie znaczy, że w 2017 powinniśmy się skupiać tylko na tym, co nie jest takie, jak byśmy chcieli, czego Wam i sobie życzymy.
~Ojtam i Skaj 

czwartek, 3 grudnia 2015

Możesz być kimkolwiek zechcesz

Zrób to! Nie pozwól, żeby twoje marzenia pozostały marzeniami! mówił Shia Labeowuf z prostokątnego okienka na ekranie laptopa ku uciesze grupki studentów medycyny w akademiku po godzinach. Jeden z nich, który znacznie odbiegał wyglądem od reszty, po trzydziestu sekundach nie wytrzymał i skończył jako tarzająca się ze śmiechu po podłodze masa niebieskich kopytek. I wcale nie chodzi mi o to, że ze względu na słabą głowę podobną reakcję może po dwóch butelkach cydru wywołać u mojego skrzydlatego przyjaciela prawie wszystko. Generalnie potem przez jakiś czas niezawodnym sposobem na niekontrolowany atak śmiechu u Skaja było wyszeptanie mu wspomnianych wyżej słów do ucha na przykład ku uciesze gawiedzi podczas zajęć z mikrobiologii z doktor Buką albo zamarkowanie tego charakterystycznego przysiadu ze zbliżeniem rąk przypominającego prężącego muskuły goryla... lub pacjenta ciężko znoszącego badanie prostaty per rectum, ale jednocześnie zdeterminowanego, żeby mieć je już za sobą.

No bo wracając do meritum czym do jasnej ciasnej ma być to jedyne w swoim rodzaju to, po zrobieniu którego uczynimy świat lepszym miejscem, a filmowcy z Hollywood będą zabijać się o prawa do nakręcenia naszej biografii? Zakładając oczywiście, że nie chodzi o wcielanie w życie każdego pomysłu i zachcianki, które przyjdą Skajowi do łba. Pewnie Labeouf miał na myśli realizowanie swojego... bleh... Przeznaczenia.

Jeśli ktoś nie wie, wiele osób uważa przeznaczenie za rodzaj czegoś, co psychiatria nazywa ideą nadwartościową z tym, że ludzi, którzy poznali swoje (zwykle podczas jakiegoś swoistego duchowego katharsis), nie zamyka się w szpitalach, tylko podziwia i stawia za przykład dla innych, podobno błądzących przez całe życie jak źrebak we mgle. Generalnie fajnie jest mieć przeznaczenie. Niestety to bzdura. Taki mit, w który im prędzej przestaniemy wierzyć, tym lepiej.
Tylko co dalej? Oczywiście Shia Labeouf ma rację. Ale nawet jeśli już z grubsza zdecydowaliśmy się na daną ścieżkę kariery, czy powinniśmy porzucić wszystkie inne pasje, ewentualnie minimalizując je do nic nie znaczących weekendowych hobby w celu ochrony przed zbyt wczesnym wypaleniem zawodowym?

To powinno być oczywiste. Przecież od dziecka powtarza nam się, że możemy w życiu robić cokolwiek zechcemy i ogranicza nas tylko nasza własna wola. Specjalnie nie chcę pisać o tym, że przecież nie każdy ma równe szanse i bardzo wiele zależy od statusu społecznego, majątkowego czy zwykłych predyspozycji. Jeśli chodzi o wzbudzanie poczucia winy wśród przedstawicieli białej klasy średniej, jest masa ludzi, którzy zrobią to lepiej ode mnie, a poza tym nie robi się do własnego gniazda czy coś w tym stylu.

No więc moje kochane niepowtarzalne płatki śniegu, pegazy wy moje, samotne wyspy pośród oceanu przeciętności, możecie robić, co tylko zechcecie. Czasem potrzeba sprzyjającej ekonomii, najczęściej odpowiedniego podejścia, niekiedy nutki szczęścia i iskry inspiracji. Bywa też, że muszą ucierpieć na tym jakieś mniej ważne obowiązki, ale generalnie wszystko jest możliwe. Właśnie z takiego założenia wychodzi Skaj, gdy Reszta Świata twierdzi, że łączenie muzyki z medycyną jest czymś nadzwyczajnym i godnym podziwu, a on tylko wzrusza skrzydłami, powtarzając z uśmiechem, że to tylko tak dobrze wygląda z zewnątrz.

Tylko że jeżeli lekarz nie da z siebie stu procent, będzie w najlepszym razie kiepskim lekarzem. Tak samo jest z muzykiem. Oczywiście nie ma tu prostej odpowiedzi: nasza pasja jest częścią nas, jest niezbędna do życia, a ludzie tak jak pegazy są stworzeniami wielowymiarowymi. W ostatecznym rozrachunku chodzi jednak o priorytety. Bo możesz być kimkolwiek zechcesz.

Ale czy możesz być tym wszystkim jednocześnie?
 

czwartek, 22 października 2015

Bajka o Skaju co Antywacława ubił (czyli rzecz o szczepionkach)

awno dawno temu za siedmioma górami, za siedmioma lasami i jednym całkiem sporym zbiornikiem melioracyjnym była sobie kraina Uniwersytetem Medycznym zwana. Panował nad nią stary król Dziekanus, który rządził swoją dziedziną mądrze a sprawiedliwie, przez co cieszył się miłością i szacunkiem swoich asystentów, żaków i pacjentów.

Ci ostatni szczególnym mirem zwykli króla Dziekanusa otaczać, bo wżdy było wiadomo, że jeno ilekroć kto zaniemógł za sprawą choroby różnej maści, nie lza mu było czekać w izbie, aż ducha wyzionie, ale pomocy na dworze łacno mógł szukać. Tam bowiem monarcha zwykł najrozmaitszymi dryjakwiami sobie wyłącznie znanymi wszystkie przypadłości ludu swego leczyć. A i to dzięki mądremu władcy zdarzało się tylko od wielkiego dzwonu, albowiem dekretem królewskim każde dziecko w Uniwersytecie było chronione specjalnym zabiegiem wakcynacyją zwanym.

Jednak tak to już niestety bywa na tym świecie, że nic co dobre wiecznie trwać nie może. Dlategoż pewnego razu wysłał król swoich heroldów po całym królestwie z wieścią, jak następuje:

Obywatele Uniwersytetu Medycznego! Nasz miłościwy pan i władca, król Dziekanus Dwudziesty Piąty ogłasza, co następuje: na zamku zalęgł się stwór szkaradny Antywacławem zwany, która to poczwara, w szpitalu królewskim mając swoje leże, nie pozwala naszemu władcy dzieci wakcynować, coby zdrowe były i dobrze im się powodziło. Dlategoż śmiałek, który Antywacława przegnać tam, gdzie raki zimują, zdoła, dworskim dekretem pół punktu na LEP-ie oraz rękę królewny nieboszczki, co ją rok temu koń stratował, w formalinie dostać może”.


Wielkie tedy poruszenie zapanowało wśród żaków w całym królestwie, a nynie już, jak kto ledwo nerwy czaszkowe po kolei spamiętał, gnał co koń wyskoczy do zamku, coby o swoje pół punktu i rękę królewny pro publico bono się ubiegać. Wielu próbowało zmorę ze szpitala zmóc przeróżnymi sposobami, jednak żadna broń zdawała się gadziny nie imać. Jedni próbowali uderzać logiką, inni szli na przeciwnika z orężem wykutym z najznakomitszej wiedzy akademickiej, zasłaniając się tarczą wzmacnianą miksturą z tysięcy badań naukowych. Nic na stwora nie działało. Antywacław bowiem nie przejmował się ani logiką, ani nawet faktami, a ignorancyją swoją wszelkie ataki udaremniając, siedział głęboko w swojej norze i gulgotał tylko złośliwie. Każdego zaś, kto owo gulgotanie słyszał, zimny dreszcz przejmował i już nie chciał na bestyję nastawać, albowiem milsze mu było własne życie nad zaoszczędzenie paru godzin nauki. Tym oto sposobem pozbywał się Antywacław wszelakich śmiałków i amatorów przydatków zmarłej królewny, o połowie punktu na LEPie nie wspominając.

Po miesiącu i tygodniach trzech wieść trafiła nawet w najdalsze zakątki krainy i tak się złożyło, że usłyszał ją pewien młody pegaz niebieskiego umaszczenia. Bardzo się przejął losem króla i biednych niewakcynowanych dzieci i zapragnął pokonać poczwarę, która na zdrowie obywateli nastawała. Na imię miał Skaj. Zaraz też inni żacy poczęli kręcić głowami i powtarzać: Skajko-jajko, tyś to na Antywacława chciał się porwać? Pomyśl, co on zrobił z mądrzejszymi od ciebie. Pomyśl o swojej matuli. Co ona pocznie, jak z ręki potwora zemrzesz? Ucz ty się lepiej, bo za tydzień masz zaliczenie ze zdrowia publicznego - mówili.

Olaboga, Skajuś! zawodziła matka, która z jakiegoś powodu wtargnęła nagle w tok narracji. Jaka ja biedna. Nie dość, że jesteś koniem, to jeszcze cukier podrożał”.

Na takie dictum wzruszył tylko nasz pegaz skrzydłami, zarżał raźno, strząchnął grzywą i gdy już skończył demonstrować wszem i wobec swoją odmienność gatunkową, ruszył do zamku, gdzie czekał zafrasowany król.

Przybył tedy dzielny Skaj pod leże stwora, co się w zamku zalągł i tako rzecze:
 – Wyłaź gadzino i stawaj ze mną w szranki albo zmykaj, gdzie pieprz rośnie, bo nie godzi się, aby niewinnych dziatków nie pozwalać królowi wakcynować!
  A pocałuj mnie w dupę zagulgotał złośliwie Antywacław, co ani myślał wychodzić i stawać z pegazem do pojedynku, jeno odpowiednią część ciała wystawił lekko do przodu, coby wspomniany akt oralny przeciwnikowi ułatwić.

Rozsierdził się tedy Skaj nie na żarty, że sobie z niego taki byle Antywacek dworuje i uczciwie na logiczne argumenty walczyć nie zamierza.
 – Takiś to, bratku? zapytał gniewnie. Wychodź zaraz, bo tak cię kopnę, że cię własne limfocyty nie poznają! zagroził.

Nie doczekał się jednakże żadnej reakcji, toteż jak powiedział, tak zrobił: odwrócił się tyłem do oponenta i z całej siły bryknął tylnymi nogami, a Antywacław zawył z bólu i tak daleko poleciał niesiony trzecią zasadą dynamiki Newtona, że wylądował dopiero w przyszły czwartek.

Wyszedł zaraz wdzięczny król Dziekanus do dzielnego pegaza i powiada:
 – Skaju! Toć stu śmiałków próbowało poczwarę zmóc wiedzą, logiką i doświadczeniem, a tyś jeno brutalnej siły kopytek użył, a bestyję przegoniłeś. Winniśmy wszyscy tobie dozgonną wdzięczność. Proś, o co chcesz, a jeśli będzie w mojej mocy, tako ci uczynię.
 – Królu Dziekanusie odrzekł pegaz, kłaniając się nisko Nie ze względu na nagrodę stanąłem w szranki z Antywacławem, ale ze względu na dobro naszej pięknej krainy. O punkty do LEP-u nie dbam, a anatomię zdałem w sesyji wrześniowej, zatem i ręka królewny niech trafi do kogoś, komu bardziej się przyda. Proszę cię jeno o zaliczenie ze zdrowia publicznego, albowiem okrutniem zmęczony po tym całym starciu i uczyć się mi teraz nie łacno.

Na te słowa zaśmiał się dobrotliwie król Dziekanus i królewskim długopisem wpisał obok nazwiska Skaja zal, które to zal widnieje po dziś dzień w akademickich księgach, a niektórzy mówią, że jak się dobrze przypatrzyć, widać w literach jakby podobiznę przegnanej gadziny.

QNIEC

*************************************


Notka na koniec: Co do zasadności szczepień lub jej braku pozwolę się wypowiedzieć mądrzejszym i zalinkuję do bardzo fajnego artykułu, który znalazłem w sieci i który po części zainspirował historyjkę o Antywacławie i zaliczeniu ze zdrowia publicznego: http://thelogicofscience.com/2015/10/12/100-bad-arguments-against-vaccines/

A zwyczajowy rysunek zamieszczam tutaj ;)

P.S. Jakby ktoś nie zauważył, odświeżyłem wygląd bloga. Ze sliderem na stronie głównej i w ogóle :3 Będę wdzięczny za każdą opinię na jego temat.. Coś nie pasuje? Coś zmienić? Coś się źle wyświetla?

środa, 30 września 2015

Jak przetrwać na medycynie

Jako że jutro pierwszy października, a na blogach studentów medycyny, które czytam, panuje ostatnio trend na opisywanie swoich traumatycznych przeżyć z pierwszego roku ku przestrodze młodszych kolegów i koleżanek, postanowiłem sam dorzucić swoje trzy grosze do całego tego zamieszania, jednak zamiast mrożących krew w żyłach opowiadań o zgubieniu drogi w wielkim mieście i refleksji o zwłokach śmierdzących formaliną, przygotowaliśmy ze Skajem zwięzły poradnik, który, mam nadzieję, w dziesięciu prostych punktach pokaże wam, jak przeżyć naukę medycyny, nie dając przy tym przysłowiowego faka (i nie chodzi mi tutaj o fakultety).

Tak, powyższy akapit to jedno monstrualne zdanie wielokrotnie złożone.

1. Materiałów nigdy za dużo. Wykładowcy uniwersytetów medycznych są znani z tego, że potrafią zapytać o dosłownie wszystko, byleby tylko uwalić studenta, a pięciokilogramowa teczka z kserówkami trzymana na ławce podczas ćwiczeń odstrasza ich tak skutecznie jak, nie przymierzając, czosnek wampiry. Poza tym w podręcznikach mogą być błędy i mogą się zdezaktualizować, w przeciwieństwie do notatek na Chomikuj opracowanych kiedyś przez jakąś grupę studentów z drugiego końca Polski. Artykuły z PubMedu must have, opracowania pytań dla ambitnych jak najbardziej, kącik porad medycznych z Przyjaciółki nie zaszkodzi skserować na wszelki wypadek.

2. Jeżeli kupujesz materiały, to tylko z najlepszego źródła. Na Facebooku można znaleźć grupy, gdzie studenci zamieszczają oferty kupna, sprzedaży bądź wymiany praktycznie wszystkiego, co potrzebne do studiowania. Szukaj ogłoszeń, w których sprzedawcy piszą, że dzięki swoim notatkom zdali wszystko w pierwszym terminie bądź startowali w jakichś konkursach typu Scapula Aurea czy Superhelisa. Jeżeli komuś powinęła się noga na sesji w czerwcu, to prawdopodobnie przez to, że miał kiepskie notatki i nie warto od niego kupować. Poza tym jako przyszły LEKARZ nie chcesz się przecież zadawać z przegrywami, którzy i tak prawdopodobnie nie skończą tych studiów. Dobrym wyznacznikiem jest też cena. Jeżeli ktoś liczy sobie za mało albo chce tylko czekoladę za fatygę, pewnie da ci lipne materiały, żeby pozbyć się konkurencji w przyszłości. Jeżeli jednak wciąż masz jakieś wątpliwości, patrz punkt 1.

3. Kup sobie co najmniej 3 markery w jaskrawych kolorach do zaznaczania tekstu w notatkach i podręcznikach. Bez tego nie ma szans na przyswojenie jakiejkolwiek wiedzy. Nie od dziś wiadomo, że pozakreślanie książki robią dobre wrażenie na otoczeniu oraz pozwolą ci czuć, że coś zrobiłeś i nawet, jeśli będziesz zaznaczał bezmyślnie prawie wszystko jak leci, coś w głowie zostanie.

4. Ucz się tylko tego, czego absolutnie musisz. I tak będziesz miał/a na tym kierunku problem ze znalezieniem czasu na cokolwiek, a wszyscy wiedzą, że zawodu uczysz się tak naprawdę tylko przez rok stażu po studiach. Reszta jest dla papierka.

5. Koniecznie kup sobie czaszkę. Musi być prawdziwa. Bez niej nie ma szans zdać anatomii. Poza tym co to za student medycyny bez czaszki? Czym niby chcesz szpanować na imprezach?

6. Zmień profilowe na facebooku na takie, które odzwierciedla twoją nową drogę życiową. Koniecznie takie, na którym jesteś w kitlu, fartuchu anatomicznym albo w masce chirurgicznej. Jeśli nie grzeszysz urodą, wstaw zdjęcie RTG niekoniecznie musi być twoje, i tak nikt się nie zorientuje. Nie zapomnij też o regularnym wrzucaniu na tablicę medycznych memów, fotografii szkiełek z limfocytem, który ma jądro w kształcie serca i tym podobnych. Ciągle narzekaj na ilość nauki i mów, że chyba sobie nie poradzisz. To pomaga w walce ze stresem.

7. Sen jest dla słabych. Nie zarywając nocy, nie masz szans dobrze się przygotować na cokolwiek, a w dodatku będziesz stanowić zgorszenie i zły przykład dla innych studentów. Już podczas wakacji polecamy przyzwyczajać się do dziewiętnastogodzinnego dnia pracy. W czasie sesji ilość snu skróć do dwóch godzin, a w razie potrzeby możesz czasami w ogóle z niego zrezygnować.

8. Koniec z pasjami i zainteresowaniami poza medycyną. I tak ci się do niczego nie przydadzą i będziesz miał więcej czasu na naukę. Tapetę na telefonie i komputerze zmień na jakiś szkielet albo grafikę z atlasu anatomicznego. Dla relaksu czytaj tylko popularnonaukowe książki medyczne. Jeżeli już musisz słuchać muzyki, to tylko Elektrycznych Gitar, bo ich lider jest neurologiem.

9. Nie ufaj nikomu. Starości grup i roku dbają tylko o własne interesy. Na wszystkie katedry w każdej sprawie udawaj się zawsze osobiście. Nie dziel się notatkami i nie bierz udziału w grupowym opracowywaniu pytań i spisywaniu wykładów. W ten sposób nikt cię nie oszuka i nie będzie korzystał z twojej ciężkiej pracy.

10. Słuchaj porad anonimowego kolesia, który twierdzi, że przyjaźni się z małym, niebieskim, gadającym konikiem. W żadnym wypadku nie pytaj starszych kolegów albo ludzi z sekty zwanej IFMSA. Oni kłamią. Serio.

****

No dobra, po prostu pamiętajcie nie można dać się zwariować :) Jeżeli ktoś ma jakieś pytania, postaramy się ze Skajem odpowiedzieć na nie w komentarzach. Jeżeli nie, to pójdziemy się upić tanim cydrem, bo i tak nie mamy nic lepszego do roboty. Nie obrazimy się również, gdy zaglądający tu studenci zostawią swoje własne porady dla pierwszoroczniaków ten temat ciężko wyczerpać.

A dla rozpoczynających drugi rok, wstawiam bazgroł z moich notatek na ćwiczenia z biochemii o substancjach uzależniających :v

*CDT desjalowana transferryna ważny marker nadużywania alkoholu, wzrasta po spożywaniu >60g C2H5OH na dobę przez 3-4 tygodnie.

piątek, 19 czerwca 2015

Sen


Akcja. Słychać brawa, ciężka kurtyna z czerwonego aksamitu pamiętająca chyba jeszcze czasy samej Heleny Modrzejewskiej idzie w górę. Aktorka grająca Julię wychodzi na scenę, a ty obserwujesz ją zza kulis, gdy nagle uświadamiasz sobie, że przecież zaraz obok niej ma pojawić się Romeo, którego w tej sztuce z jakiegoś powodu grasz właśnie ty.

Zapada cisza. Julia spogląda nerwowo w twoją stronę, z widowni zaczynają dochodzić pierwsze szmery przyciszonych rozmów, a ciebie ogarnia narastająca panika. Przecież nie umiesz tekstu. Mało tego - nie wiesz tak naprawdę, co się w ogóle dzieje. W międzyczasie czyjaś ręka wciska ci książeczkę z tekstem dramatu i wypycha na scenę. Zdesperowany, starając się nie myśleć o setkach oczu śledzących teraz każdy twój ruch, otwierasz szybko otrzymaną w ostatniej chwili ściągę tylko po to, żeby zorientować się, że nic cię już nie uchroni przed kompromitacją i zaprzepaszczeniem pracy wszystkich osób zaangażowanych w spektakl, bo kartki okazały się puste... i zrobione z naleśników?

Podobny sen w różnych wariantach na pewno przyśnił się zdecydowanej większości nas. Ten konkretny Skaj opowiedział mi prawie trzy lata temu podczas owej długiej nocy spędzonej w barze na początku naszych studiów, nad szklanką piwa, a w jego przypadku cydru, sączoną leniwie przy akompaniamencie jakiegoś bliżej niezidentyfikowanego jazzowego kawałka charczącego z głośników w kącie. 
„Wiesz” - powiedział - Gdyby to się działo naprawdę, poradziłbym sobie jakoś. Bo takie jest życie" - Zanim zdążyłem rzucić jakąś celną uwagą, jak to po paru głębszych włącza mi się tryb filozofa, odbiło mu się tak głośno, że aż barman z drugiego końca sali popatrzył na nas z politowaniem.


Gdzie z tym wszystkim zmierzam? Właściwie sam nie wiem, bo właśnie zorientowałem się, że motto tego tekstu będzie jednym wielkim truizmem rodem z tanich poradników do samorozwoju. Życie jest życiem, bo ma w zwyczaju stawiać nas przed trudnymi sytuacjami, na które nie mieliśmy szansy się przygotować, a umiejętność radzenia sobie z problemami to w dużej mierze zdolność do improwizacji... i co z tego? Podejrzewam, że gdyby ktoś, jakiś nieokreślony oniryczny byt, spróbował na tamtej scenie powiedzieć naszemu Romeo coś podobnego, zarobiłby cios kopytem w swój metafizyczny pysk. Nawet jeśli trudno mi wyobrazić sobie Skaja robiącego coś takiego w prawdziwym życiu.

Dlatego właśnie truizmu na koniec nie będzie. Weźcie idźcie coś zróbcie ze sobą zamiast czytać rozprawy o niebieskich pegazach. Improwizować też trzeba umieć. Każdy jazzman wam to powie.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Rozmowa ze smokiem #1

Czkawka, gdyby mógł, latałby na pegazie.
Szczerbatek is not amused
Przynajmniej tak stwierdził Skaj po obejrzeniu w kinie tej animacji z wikingami tresującymi smoki. Nie żeby ktoś wziął to na poważnie. Umiarkowana i racjonalna doza zazdrości nie jest niczym dziwnym, szczególnie gdy od dłuższego czasu wszędzie słyszy się zachwyty na temat majestatycznych inteligentnych gadów, a samemu jest się małym skrzydlatym konikiem z miękką sierścią zamiast oszałamiających łusek o kolorze nocnego nieba. Z tego wszystkiego po wyjściu z seansu tylko kopytka jakby ciut ciężej niż zwykle zdają się stukać o chodnik, a spuszczona głowa pogrążona w myślach uważnie obserwuje każdy krok.

No bo jeżeli już nawet smoki są takie miłe, ładne i przyjazne, to gdzie w takim świecie jest miejsce dla pegazów? I co się stało ze starymi, dobrymi bestiami, które machnięciem ogona mogły zmieść z powierzchni ziemi pół wioski, drugie pół jednocześnie przypiekając ogniem na chrupko? Czy wszystko, co ma się podobać dzisiejszej młodszej publiczności, musi w mniejszym lub większym stopniu przypominać kota?


I tak, zanim ktokolwiek znowu zwrócił uwagę na milczącego pegaza trzymającego się z boku, Skaj postanowił, że ktoś musi mu odpowiedzieć na parę pytań i głęboko w swoim niebieskim zadzie ma konwencję bloga i jakiekolwiek resztki realizmu, a także swoją niechęć do crossoverów. Potarł lekko przednim kopytkiem o chodnik dla dramatycznego efektu i upewniwszy się, że wszyscy na niego patrzą, bez słowa wystartował w górę.


Jeszcze tylko mały przystanek w domu na siku, spakować notatnik i wszystko gotowe do podróży.


Rozmowa ze smokiem


 – Dlaczego przyjaźnisz się z ludźmi? Dlaczego pozwalasz im się traktować jak zwykłe bezrozumne zwierzę? Ty niby masz być potomkiem gromu i błyskawicy?

Gdyby nie fakt, że Skaj był jakieś cztery razy mniejszy od rozmówcy, te pytania mogłyby nawet brzmieć oskarżycielsko. Niestety trudno jest oskarżać kogoś, kto machnięciem łapy może ci pogruchotać kości i właśnie spogląda na ciebie z uśmiechem wyrażającym uprzejme zainteresowanie. Zamiast tego pegazowi wyszło coś pomiędzy stęknięciem a płaczliwym protestem. Z rezygnacją pogratulował sobie w duchu, że przynajmniej głos drżał mu tylko troszkę.
 – O ile dobrze pamiętam, to był przeklęty pomiot burzysmok przewrócił oczami ale twoja wersja podoba mi się bardziej. Widzisz kontynuował moglibyśmy leżeć teraz w jakiejś ponurej pieczarze w górach, pomiędzy walającymi się wszędzie zwęglonymi kośćmi i tego typu podobnym badziewiem. Bez większego problemu mogłem zestrzelić cię z nieba pociskiem z plazmy, gdy widziałem, jak lecisz w moją stronę. Wreszcie, rozmawiając teraz z tobą, mógłbym siedzieć dostojnie wyprostowany zamiast ryć w ziemi kawałkiem starego konara...

Skaj ostrożnie przyjrzał się nieregularnym wzorom żłobionym naokoło przez smoka.


  Bardzo... ładne. - wypalił nagle, uśmiechając się do Szczerbatka. Te wzory takie... intrygujące... próbował brzmieć choć trochę przekonująco, choć jego wiedza o sztuce ograniczała się się zwykle do rozróżniania obrazów na takie, które mu się podobają, i te brzydsze. Czasem, tak jak teraz, gdy chciał zabrzmieć inteligentnie, używał też różnych wariacji słowa ciekawe. Sztuka Szczerbatka była czymś przypominającym hybrydę Pollocka i Picassa. Współcześni artyści, żeby tworzyć coś takiego, potrzebowali według Skaja co najmniej tyle samo tupetu, ile talentu, jednak to spostrzeżenie postanowił wyjątkowo zachować dla siebie.


  Dzięki Smok się rozpromienił.
Postanowiłem poeksperymentować z klasycznym ujęciem preindustrialnego nihilizmu wyjaśnił z dumą w głosie. Czkawka nigdy by się na tym nie poznał, dlatego...
 – No właśnie! Skaj zyskiwał pewność siebie. Jest wobec ciebie protekcjonalny, a ty mu na to pozwalasz. Zachowujesz się przy nim jak zwierzę - dodał, licząc, że rozmowa powróci na pierwotne tory i nie będzie musiał obnażać swojego braku wiedzy na temat jakiegokolwiek nihilizmu, a już szczególnie preindustrialnego.
  Słuchaj Szczerbatek westchnął ciężko i odłożył konar. Zdradzę ci pewien sekret Pochylił się nad pegazem tak, że ten musiał zadrzeć głowę do góry, żeby spojrzeć mu w oczy. Nie jestem człowiekiem.
  W... wiem, ale...
  Nie wiesz Smok przez chwilę wydawał się rozbawiony, ale zaraz spoważniał. Czkawka nigdy nie będzie mnie traktował jak człowieka, a ja wcale tego nie chcę. Udawanie kogoś, kim się nie jest tylko po to, żeby sprostać cudzym wyobrażeniom i oczekiwaniom jest głupie. Fakt, że smoki mają zupełnie inne prawa i obowiązki niż ludzie, wcale nie przeczy temu, że jesteśmy równi jako osoby... Nadążasz?



Skaj powoli pokiwał głową, nie spuszczając wzroku z rozmówcy.

  No to pozwól, że zapytam: woziłeś kiedyś kogoś na swoim grzbiecie?
zagadnął niespodziewanie Szczerbatek.
  Zdarzyło mi się Pegaz wzruszył skrzydłami. Czasem, jak musiałem opiekować się jakimś młodszym dzieckiem...

"Na szczęście nie za często"
dodał już w myślach. Skaj bał się dzieci. Zapytany zwykle wolał mówić, że po prostu za nimi nie przepada, ale tak naprawdę chodziło o to, że wydawały się mu przerażająco... bezpośrednie. Nie ważne, kim jesteś, czy w przyszłości zostaniesz lekarzem, czy na ostatnim koncercie dostałeś owacje na stojąco. Jak nie radzisz sobie z zabawianiem trzylatka dłużej niż dziesięć minut, jesteś zerem. Jeżeli samo dziecko nie da ci tego do zrozumienia, zrobią to osądzające spojrzenia Reszty Świata.

  Czy uważasz, że cię to poniża?
kontynuował po chwili smok. Nie siedział już przy pegazie. Wpatrywał się w spokojną taflę jeziora wypełniającego prawie pół kotliny, w której się znajdowali.
  Rozumiem wymamrotał Skaj, przyglądając się swoim kopytkom, ale po chwili znowu podniósł głowę. Po prostu część mnie chciałaby, żeby smoki były groźne i dostojne, wiesz?
- A ja wolę mieszkanie w cichej wiosce mojego przyjaciela od samotnej pieczary w górach stwierdził Szczerbatek stanowczo, wstając nagle i rozwijając skrzydła. Miło się rozmawiało, Skaj. Odwiedź kiedyś Berk, jeżeli będziesz miał ochotę rzucił na pożegnanie.

Gdy tylko wypowiedział ostatnie słowo, wybił się mocno do góry potężnymi kończynami, wzlatując pionowo w niebo.  Zaskoczony pegaz poczuł na pyszczku mocny strumień powietrza odpychanego wielkimi skórzastymi skrzydłami. Po chwili smok był już tylko czarnym kształtem na wieczornym niebie, a sam Skaj patrzył przez jakiś czas w górę na jego dostojną sylwetkę, która wkrótce zniknęła mu z oczu.


Wtedy przyszło mu do głowy, że jego rozmówca pokazał mu dzisiaj tylko jedną stronę swojej natury. Może to naiwne, życzeniowe myślenie, ale gdy Szczerbatek rozłożył skrzydła do lotu, w jego oczach pegaz zauważył coś, co uświadomiło mu, że ma przed sobą nocną furię najrzadszego i najinteligentniejszego z wszystkich smoków. Niebezpiecznego drapieżnika, a nie tylko przytulankę, za którą ten chciał z jakiegoś powodu uchodzić.


Nagle, tuż przy swoim uchu Skaj usłyszał cichy szept:

Ten nihilizm to był tylko pic na wodę. Tak sobie tylko kreśliłem w ziemi.
Gdy momentalnie obejrzał się za siebie, nikogo już nie zobaczył. Uśmiechnął się lekko do siebie, wyjął z sakwy pióro z notatnikiem, po czym usiadł na ziemi i korzystając z ostatnich promieni zachodzącego słońca, zaczął pisać.

sobota, 1 lutego 2014

Nie wypada być pegazem...

Rysunek autorstwa RudejZmory. Genialny, prawda?
Imię: Skaj
Wykształcenie: Student medycyny, saksofonista amator

Mimo że imię jednoznacznie kojarzy się ze sztuczną skórą, uparcie obstaje przy obecnej jego pisowni, mimo że Sky, które tak samo się wymawia, przywodzi na myśl niebo i samo przez się wydaje się być jakieś odpowiedniejsze dla niebieskiego pegaza. Mówią sky is the limit, a on nie chce nikogo ograniczać. Poza tym spójrzmy prawdzie w oczy mówimy i piszemy po polsku. Kropka. Skaja można też łatwo zdrobnić, zgrubić, a co najważniejsze - odmienić. Nie to co Sky'a, szczególnie że większości z nas limit apostrofów na całe życie wyczerpało siedem tomów przygód Harry'ego Pottera, a sam zainteresowany nie musi nikomu udowadniać, jak to on dobrze zna angielski i umie ichniejszą ortografię i interpunkcję, że normalnie wow. Such international! Przecinek taki u góry! WOW!

Bo generalnie to w dzisiejszych czasach bycie pegazem jest trudne. Jakby sama niebieska sierść i kopytka nie przeszkadzały wystarczająco (nie pytajcie, jak można grać kopytkami na saksofonie można) w codziennym funkcjonowaniu i kontaktach z Resztą Świata. Nie. Muszą być jeszcze te skrzydła, które, nie wiedzieć czemu, potrafią wznosić w powietrze tylko od wielkiego dzwonu, podczas gdy większość prób lotu kończy się na żałosnym machaniu przypominającym kurczaka, który zeskakuje ze szczególnie wysokiej grzędy.

Skaj nie ma pojęcia dlaczego, ale ulubionym zajęciem jego skrzydeł wydaje się być podważanie jego pewności siebie i wkurzanie Reszty Świata. Skrzydła zawsze wystają spod kurtki, przeszkadzają w zatłoczonych tramwajach i lubią rozkładać się w najmniej oczekiwanych momentach, stawiając ich posiadacza w nader niezręcznej sytuacji. Jak tu wyjaśnić Reszcie Świata, że się tego nie kontroluje? Bo podobno to nie pasuje. I co to w ogóle za pomysł z tymi skrzydłami? Młodzież w dzisiejszych czasach schodzi na psy (na pegazy w tym przypadku, ale czaicie, o co chodzi). Jak już koniecznie skrzydła, to może ewentualnie jakieś... poważne? Na przykład skórzaste i zakończone szponami jak u nietoperza albo jak już muszą być te piórka to niech będą białe, czarne albo brązowe. W jakimś naturalnym i budzącym respekt kolorze. Nie niebieskie, bo to pedalskie. Gorsze by były chyba tylko różowe.

Skaj lubi swoje skrzydła. Po prostu widzi, że dużo ludzi nie traktuje go przez nie poważnie. Chciałby w przyszłości zakochać się i założyć porządną kochającą się rodzinę. Tylko rodzina potrzebuje podpory i męskiej siły charakteru. Bynajmniej nie cudaka z niebieskimi skrzydłami co to nawet nie zawsze latają.

A może jednak? Może jest chociaż cień szansy, że to się nie wyklucza? Może pegazy też są coś warte?