Nie wypada być pegazem

Bo generalnie to w dzisiejszych czasach bycie pegazem jest trudne. Jakby sama niebieska sierść i kopytka nie przeszkadzały wystarczająco w codziennym funkcjonowaniu...

Pegaz na mikrobiologii - czyli czym się różni lekarz od wiedźmina

Nauka na mikrobach ogranicza się do dwóch podstawowych, niemalże egzystencjalnych pytań, z którymi prędzej czy później musi się zmierzyć każdy adept sztuki medycznej, praktykujący lekarz a także wiedźmin czy inny eksterminator...

Sen

Topos teatrum mundi w wersji kopytnej oraz sztuka improwizacji.

Dzień z życia praktykanta #4 - okiem Skaja

Na praktyki po czwartym roku przywiało nas ze Skajem na dwa różne oddziały. Ja swoich jeszcze nie zacząłem, ale za to on zaoferował się, że coś skrobnie. No i skrobnął. Nawet się nie domyślacie, jak ciężko było mi odczytać jego odręczne (odkopytne?) pismo...

Saksofon, jakiego nie znacie

Generalnie większość ludzi wie, albo przynajmniej kojarzy, że instrument, o którym mowa zyskał swoje miano od nazwiska swojego pierwszego konstruktora. Z Saxa to w ogóle niezły numer był...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 28 czerwca 2016

Saksofon raz jeszcze

Nawiązując do formy poprzedniego wpisu, znowu zacznę pytaniem zadanym kiedyś Skajowi przez jego nauczyciela. Brzmiało ono: "Jaki instrument ma barwę dźwięku najbardziej zbliżoną do saksofonu?". Odpowiedź jest na tyle zaskakująca, że stała się ciekawostką powtarzaną przez naszego pegaza na imprezach w celu zabłyśnięcia wiedzą i obyciem opowiadającego, ilekroć wymaga tego sytuacja. Na przykład kiedy musi jakoś odwrócić uwagę towarzystwa od wcześniejszej gafy, gdy wygłosił swoją niepochlebną opinię na temat ostatniego spinoffa "Króla Lwa", nieopatrznie zapominając, że osoba w jego wieku nie powinna mieć ŻADNEJ opinii na temat seriali animowanych... Także tego...


Enyłej, wracając do tematu, ten instrument to wiolonczela. Ciężko to sobie wyobrazić, szczególnie jeżeli saksofon kojarzy się komuś głównie z motywem z "Careless Whisper", bo chodzi tu o zadęcie i barwę dźwięku obecne właśnie w klasycznej muzyce saksofonowej. Mało ludzi zwraca uwagę na to, że początki tego pięknego instrumentu sięgają kilka dekad przed narodzinami muzyki jazzowej i popu. Nie umniejszając wspaniałości tego pierwszego i nie wylewając niepotrzebnego wiadra pomyj na to drugie.

No ale jak to było z tym saksofonem w muzyce klasycznej? Zacznijmy od tego, że w XIX wieku instrumentom dętym drewnianym nie wiodło się zbyt dobrze. Dokładniej od roku 1813, kiedy wynalezione zostały wentyle znacznie zwiększające możliwości wykonawcze aerofonów blaszanych, które zaczęły dorównywać ruchliwościom klarnetom czy obojom, jednocześnie całkowicie deklasując drewno pod względem rozpiętości dynamicznej. W powstałą lukę z założenia miał wstrzelić się saksofon. Jak to wyszło i dlaczego do końca nie wyszło, wiemy po części z biografii Adolfa Saxa. Pasowałoby jeszcze dodać, że stałe miejsce w orkiestrach wojskowych jego instrumentom zapewnił nakaz oficjalnych władz. Takiego nakazu nikt nie był w stanie wydać orkiestrom symfonicznym ani kompozytorom. Ci ostatni preferowali ponadto orkiestrowe odmiany saksofonów w stroju F i C (obecnie nie produkowane), na których nie chcieli grać muzycy przyzwyczajeni do gry na odmianach wojskowych (Es i B).

Wydaje mi się, że sytuacja zmieniła się dopiero w okolicach roku 1942, kiedy to Marcel Mule otworzył w Konserwatorium Paryskim pierwszą na świecie klasę saksofonu. Paryż do dzisiaj pozostaje niejaką "Mekką" saksofonistów Europejskich, a absolwenci tej klasy, którą po założycielu przejął Claude DeLangle, działają na całym świecie. Jest wśród nich również Polak - Krzysztof Herder. Warto też wspomnieć takie nazwiska jak Sigurd Rascher*, Jean Marie Londeix czy Arno Bornkamp.

Szalenie ciekawą osobą w historii saksofonu była również Eliza Hall. Dama ta jest odpowiedzialna nie tylko za poszerzenie ubogiej jak na swojej czasy literatury na instrument, ale też za skojarzenie go z medycyną - a dokładniej z muzykoterapią. Zaczęła grać na saksofonie, gdy lekarz zalecił jej naukę muzykowania ze względu na nękające ją napady melancholii.** Okazała się być na tyle zdolna (i bogata), że szybko zaczęła zamawiać sobie nowe utwory u najwybitniejszych kompozytorów, takich jak Schmitt, Debussy czy Loeffler. Dobrze o niej wiedzieć, nawet jeżeli dziś słowa "Dama Saksofonu" kojarzą się raczej z Candy Dulfer albo Mindi Abair.


Ewentualnie z nikim - bo niestety u większości osób słowo "saksofon" jest w stanie wywołać tylko prosty łuk odruchowy z Charliem Parkerem dyndającym smętnie na końcu neuronu eferentnego. I Skaju wcale nie uważa się z tego powodu za lepszego od innych - nie zrozumcie mnie źle. Na przykład ze skrzypków nasz pegaz zna tylko Nigela Kennedy'ego i Paganiniego (o tym drugim się uczył w szkole, a tego pierwszego widział kiedyś pijanego na Floriańskiej w Krakowie). Ba, samego genialnego Parkera słucha względnie rzadko, ze starszych wykonawców preferując aksamitny i ciepły dźwięk Paula Desmonda nad bopowe mistrzostwo techniczne.
  
W gruncie rzeczy właśnie o to chodzi. Chciałem po prostu napisać coś o przepięknym instrumencie, którego brzmienie we wszystkich rodzajach muzyki jest niesłychanie zróżnicowane, a Skaj już jakiś czas temu przeszedł fazę wmawiania wszystkim, że saksofon jest przede wszystkim instrumentem klasycznym. Bo nie jest. Prawdziwa zabawa zaczyna się, kiedy wyjdziemy poza ramy określonego gatunku. Muzyka jest jedna.

I na tej myśli pozwolę sobie zakończyć. Zdaję sobie sprawę, że podając te parę ciekawostek zaledwie musnąłem czubek góry lodowej, jeśli chodzi o wszystko co można napisać o tym instrumencie i zupełnie pominąłem saksofon w muzyce rozrywkowej, ale przyznam się, że pisząc ten tekst zorientowałem się, jak niewiele jeszcze wiem i jak nieodpowiednią jestem osobą do referowania tych zagadnień bez głębszego przygotowania merytorycznego. Dlatego zainteresowanych odsyłam do książki podanej jako moje główne źródło oraz do tej krótkiej subiektywnie dobranej playlisty na youtube.
 --------------
* Z tym że Rascher to zupełnie inna szkoła niż Mule. Działał z nim równolegle, a jego wkład w muzykę saksofonową był ogromny.
** Szczęście, że to był XIX wiek. Dziś pewnie dostałaby tabletki, a saksofon znałaby tylko z rzewnych jęków Kenny'eg G.***

*** Nie przepadamy ze Skajem za muzyką Kenny'ego...
---------------
Źródło: - David Pituch, "Saksofon od A do Z", PWM 2000  

niedziela, 3 stycznia 2016

Saksofon jakiego nie znacie – czyli o tym innym Adolfie

Generalnie większość ludzi wie, albo przynajmniej kojarzy, że instrument, o którym mowa zyskał swoje miano od nazwiska swojego pierwszego konstruktora... Tak naprawdę na pomysł wpadłem jakieś dwa tygodnie temu we wtorek, ale dla lepszego efektu powiedzmy, że niniejszy artykuł zaczął się jakieś sześć lat wcześniej jednym prostym pytaniem zadanym Skajowi przez jego nowego nauczyciela saksofonu. Brzmiało ono:

Jakiej narodowości był Adolf Sax?

Nasz pegaz oczywiście nie znał poprawnej odpowiedzi, bo na tamte czasy jego wiedza teoretyczna o tym konkretnym aerofonie wychodziła bardzo nieznacznie poza stwierdzenie, że jest złoty i zajebisty. A szkoda, bo to ciekawe rzeczy są.

Z Saxa to w ogóle niezły numer był. Zacznijmy od tego, że przyszedł na świat w roku 1814 w Dinant jako najstarsze z jedenaściorga dzieci Karola Józefa Saxa, również wybitnego budowniczego instrumentów i w czasie swojej młodości kilkanaście razy dosłownie otarł się o śmierć. W wieku dwóch lat spadł z dużej wysokości (2 lub 3 piętro zależnie od źródła), połknął szpilkę, usiadł na piecu i poparzył sobie cały bok. Trzyletni Sax napił się białego witriolu z wodą, a życie uratowała mu natychmiast podana dawka oliwy. Nie zapominał też o rodzinie: pewnego razu wszyscy solidarnie zatruli się bielą ołowianą używaną w warsztacie ojca. Z tym ostatnim oprócz wspólnej profesji łączyło go także zatrucie tlenkiem miedzi oraz arszenikiem. Kolejnej intoksykacji nabawił się, gdy jego sypialnia z jakiegoś powodu posłużyła za suszarnię dla świeżo polakierowanych przedmiotów następnego dnia znaleziono go nieprzytomnego w łóżku. Innego dnia spadł mu też na głowę kamień z dachu (niektórzy mówią, że to była cegła). Oprócz tego prawie utonął, zachorował na odrę i był z tego powodu w śpiączce przez 9 dni (czy wspominałem, że nie lubię antyszczepionkowców?), wypił kwas borowy, złamał rękę drzwiami od dorożki i zatruł się zepsutym winem.

Biedny Adi dostał przydomek Sax-widmo i nawet jego rodzice z rezygnacją stwierdzili, że nie będzie długo żył.

Tymczasem nauczył się od ojca zawodu budowniczego instrumentów tak dobrze, że jego wytwory zaczęły zdobywać nagrody na międzynarodowych wystawach. Uczył się też śpiewu i gry na klarnecie w Królewskiej Wyższej Szkole Muzycznej i okazał się być bardzo zdolnym muzykiem. Często występował z własnymi instrumentami, dowodząc swojego talentu i równocześnie udowadniając wyższość swoich konstrukcji nad wytworami innych firm. Dochodziło nawet do oficjalnych publicznych pojedynków. W ten sposób, wygrywając z pierwszym klarnecistą brukselskiej filharmonii, profesorem Królewskiego Konserwatorium - Bachmannem zapewnił nowemu typowi klarnetu basowego swojej produkcji miejsce w składzie tamtejszej orkiestry. To tylko jedna z sytuacji, która pokazuje ambicję, poczucie własnej wartości i upór tego człowieka w dążeniu do celu cechy, które bardzo mu się przydały, gdy całe życie walczył o miejsce na nieprzychylnym dla cudzoziemca rynku instrumentów we Francji.

Bo Sax to nie tylko saksofony. Pozostałe trzy rodziny aerofonów, które wynalazł to sakshorny, sakstromby i sakstuby. Ulepszył też wiele z używanych obecnie instrumentów muzycznych, między innymi wspomniany klarnet basowy i puzon.

Pierwsze doniesienia o saksofonie pochodzą z roku 1838, jednak najwcześniejszym bezspornym dokumentem na ten temat jest katalog z pewnej wystawy przemysłowej z 1841 roku. Instrument ten jednak nie był wtedy zaprezentowany publicznie. W sieci można znaleźć historię, że powodem było uszkodzenie pakunku zawierającego prototyp nowego wynalazku na skutek czyjegoś złośliwego kopniaka. Wspomniana wystawa skończyła się mimo wszystko zdobyciem prestiżowej drugiej nagrody przez inne konstrukcje Saxa, której to nagrody jednak nie przyjął, twierdząc, że jest ona poniżej jego godności. Niedługo potem wyjechał do Paryża.

Pozwolę sobie przytoczyć tutaj fragmenty artykułu opisującego pierwszy saksofon, napisanego przez samego Hektora Berlioza, dobrego przyjaciela Saxa i jednego z największych entuzjastów i propagatorów nowego instrumentu:

Saksofon (...) jest instrumentem blaszanym o 19 klapach*, którego kształt jest zbliżony do kształtu ofiklejdy.Ustnik, inaczej niż w większości instrumentów blaszanych, podobny jest do ustnika klarnetu basowego. Dlatego saksofon daje początek nowej grupie instrumentów blaszanych stroikowych. Jego skala wynosi 3 oktawy, poczynając od B1 (...).
Brzmienie jest tak rzadkiej jakości, że jak mi wiadomo nie ma obecnie w użyciu instrumentu basowego**, który można by porównać z saksofonem. Jest ono pełne, miękkie, wibrujące, nadzwyczaj potężne, a jego intensywność można z łatwością zmniejszać. (...) Charakter tego brzmienia jest (...) absolutnie nowy i nie przypomina żadnej z barw słyszanych dotąd w naszych orkiestrach (...).
* Współcześnie 22, specjalnie policzyłem.
** Opis dotyczy saksofonu basowego, który powstał jako pierwszy.


Swoją drogą, ciekawe, jaka byłaby reakcja Saxa na taki wizerunek swojego instrumentu...
Mimo że ów pochlebny artykuł zapewnił Saxowi miejsce na paryskich salonach, jego wynalazek był często mylony z innymi instrumentami, sam twórca, nawet posiadając patent, musiał w ciągnących się latami procesach sądowych udowadniać swoje prawa do saksofonu, a jego firma była wielokrotnie sabotowana. Inni konstruktorzy instrumentów słusznie uważali go za silnego i niebezpiecznego konkurenta. Potrafili wysłać do niego fałszywego menedżera, którego zadaniem było zachęcanie Saxa do nierentownych inwestycji, podkupywać jego najlepszych pracowników lub nawet nabywać jego produkty, żeby później usunąć z nich znak firmowy i oskarżyć o plagiat. Największą przeszkodą byli jednak muzycy, którzy z różnych powodów (czasem też przekupieni) nie zgadzali się używać instrumentów Saxa i Spółki bez względu na okoliczności.

Oczywiście podczas lat spędzonych w Paryżu był też czas na sukcesy. To właśnie wtedy saksofon wszedł do oficjalnego składu orkiestr wojskowych w całym kraju (a później również za granicą), a jego konstruktor zyskał posadę nauczyciela instrumentu w kursie dla wykonawców otwartym przy paryskim Konserwatorium Muzycznym. W roku 1846 Sax został odznaczony również Pruskim Medalem Honorowym za wkład w tamtejszą wojskową muzykę orkiestrową i Krzyżem Legii Honorowej na Francuskiej Narodowej Wystawie Przemysłowej w 1849 roku. Został również honorowym członkiem Londyńskiej Akademii Nauk za wkład w ulepszanie instrumentów dętych.

Niemniej życie nieźle dało mu w kość i na skutek różnych czynników był zmuszony aż trzykrotnie ogłaszać bankructwo swojej firmy. W 1878 roku, gdy w Paryżu odbywała się kolejna Wystawa Światowa, nie było go stać nawet na uiszczenie opłaty za udział w tej imprezie, na której w przeszłości wielokrotnie zdobywał nagrody. Nigdy też, mimo wieloletnich starań, posiadanego tytułu profesora i deklarowanej chęci pracy za darmo, nie pozwolono mu otworzyć klasy saksofonu w Konserwatorium Paryskim. Pierwszą taką klasę otworzył dopiero w 1942 wybitny saksofonista i pedagog Marcel Mule.

Pamiętacie, jak wspominałem, że młody Sax miał w zwyczaju ocierać się o śmierć? W wieku 39 lat zachorował na złośliwego raka. Według źródeł w w jego kącikach ust pojawiły się czarne powiększające się plamki. Po pięciu latach do objawów doszedł silny ból głowy, a po kolejnych dwóch lekarze doradzili mu już tylko uporządkowanie swoich spraw. Zdesperowany konstruktor zwrócił się po pomoc do człowieka o nazwisku de Vries nazywanego czarnym doktorem. Stosując ekstrakt z bliżej niezidentyfikowanej rośliny indyjskiej udało mu się nie tylko wywołać sprzeciw środowiska dyplomowanych lekarzy, ale jakimś cudem również wyleczyć Saxa, który przeżył w dobrym zdrowiu kolejne 36 lat aż do swojej śmierci w 1894 roku.



Patrząc na historię, saksofon jest bardzo młodym instrumetem. Istnieje niewiele ponad półtora wieku i w przeciwieństwie do innych, tych tradycyjnych, powstał od razu w formie jaką znamy obecnie, a technika gry i styl wciąż zmieniają się i ewoluują. Można to szczególnie zauważyć, słuchając starych nagrań Jean-Marie Londeixa jednego z najwybitniejszych saksofonistów klasycznych, którego styl gry diametralnie różni się od współczesnego (dla porównania). Oczywiście jest to proces, który dotyka wszystkich instrumentów, jednak wydaje mi się, że tylko w przypadku saksofonu jest to tak szybkie i łatwo zauważalne.

W tym miejscu na razie skończę ze względu na ilość tekstu jaką zajęło mi opisanie biografii Adolfa Saxa.  W następnej części artykułu będzie można się dowiedzieć więcej na temat samego saksofonu. Postaram się napisać trochę o jego budowie i roli jaką spełniał w muzyce na przestrzeni lat aż do dzisiaj, literaturze saksofonowej oraz o tym, kiedy Skaj obraził się na konkurs Eurowizji i dlaczego woli Desmonda od Parkera.

Aha. Belgia. Adolf Sax był Belgiem :)

-----------------------------------------------
Notka na koniec:
To pierwszy taki tekst, do którego postarałem się jakoś przygotować przed pisaniem i w żadnym wypadku nie uważam się za specjalistę od saksofonu i biografii Adolfa Saxa. Jestem świadomy, że post może zawierać błędy, nieścisłości i skróty myślowe, które mogą być źle odebrane. Jeżeli masz jakiekolwiek zastrzeżenia, napisz mi o tym.

Źródła:
- David Pituch, Saksofon od A do Z, PWM 2000

środa, 23 września 2015

Muzyk na ulicy

Pogodny sierpniowy wieczór. Ludzie spłoszeni wcześniej popołudniowym żarem znowu wychodzą z domów, a brukowane ulice Starego Miasta, zdominowane do tej pory głównie przez najwytrwalszych turystów obwieszonych aparatami fotograficznymi i uginających się pod ciężarem plecaków wypchanych najpotrzebniejszymi rzeczami, znowu zaczynają prowadzić do klubów i kawiarni albo tak po prostu na spacer. Wieczorami zabytki odsuwają się na drugi plan. Wtedy też, koło godziny dwudziestej, można na Plantach spotkać zarówno grupki imprezowiczów rozpoczynających całonocny maraton po barach i parkietach tanecznych, jak i rodziny z dziećmi, zakochane pary w drodze na romantyczną kolację oraz całą resztę, która zmęczona długim dniem wraca do domów lub hoteli.

Dodatkowo w sezonie nieodłącznym elementem miejskiego krajobrazu są artyści uliczni rozlokowani w strategicznych miejscach na placach oraz wzdłuż ulic i deptaków. Zmierzając już do meritum po tym przydługim wstępie, tego lata wśród wspomnianych artystów można było zobaczyć (i posłuchać) tak dla odmiany niżej podpisanego. Skaj tym razem ze względu na swoje przyrodzone lenistwo oraz, jak twierdzi, resztki godności osobistej nie towarzyszył mi w tym jakże ubogacającym przedsięwzięciu. Zamiast tego zajmował się oglądaniem Breaking Bad oraz systematycznym podprowadzaniem mi zarobionych drobniaków.
Raczej lubię ludzi i mimo że przed pierwszym ulicznym występem byłem zdenerwowany bardziej niż tasiemiec u anorektyczki, znaleźli się tacy, którzy zatrzymywali się na chwilę, żeby posłuchać, zamienić ze mną parę słów, czasem wrzucić coś do futerału albo w inny sposób pokazać, że podoba im się to, co robię. Uśmiech, skinięcie głową, zaimprowizowane oklaski. Takie małe momenty, które sprawiają, że podczas grania dla przypadkowej publiczności ciężko się nudzić.

Na przykład Jakob. Poznałem go, gdy grałem koncert Głazunowa. Generalnie to ten kawałek często mi ktoś przerywał.  Utwór trwa jakieś piętnaście minut i jest w nim trochę pauz, gdzie normalnie wchodzi orkiestra, a ja na chwilkę wyjmowałem instrument z ust i ludzie myśleli, że już skończyłem. Jakob zadał mi wtedy pytanie, którego żaden uliczny muzyk się nie spodziewa:

Hi. Can I listen to you play?

W przypływie wielkoduszności łaskawie mu pozwoliłem. Podczas następnej pauzy (no nie pozwolą mi dograć tego Głazunowa do końca) zagaił z kolei, czy nie myślałem może o jazzie. Na początku mu tłumaczę, że coś tam improwizuję, ale moją silniejszą stroną jest klasyka i od słowa do słowa... gość wyciąga gitarę i zaczyna grać. Śpiewał też całkiem nieźle, a ja wrzucałem do tego swoje wstawki na saksofonie. Umówiliśmy się jeszcze na wspólne granie po sesji wrześniowej. I powiedzcie mi teraz, że muzyka nie łączy ludzi!

Jakob wspomniał mi jeszcze, że jest z Ukrainy i że będzie mieszkał w Krakowie przez najbliższe sześć lat, bo przyjechał... studiować medycynę!

Kolejnym utworem, którego raz nie dane mi było skończyć, była Aria Bozzy. W pewnym momencie zostałem otoczony przez grupkę podchmielonych nastolatków. Trochę się przestraszyłem, nie powiem, szczególnie, że zarobienie maczety w plecy nie figurowało na mojej liście Rzeczy do zrobienia przed śmiercią. Zdarzyło się jednak coś o wiele gorszego: zrobili mi taką wieś jak stąd do Majcherek Dolnych. To znaczy byli w sumie bardzo mili... na swój sposób. Jeden z nich próbował mnie nawet poczęstować chrupkami, a bełkotliwe Zioooom, szacun! wychrypiane w moją stronę potraktowałem jak największą pochwałę. Tylko potem, gdy specjalnie dla nich zagrałem krótki i skoczny Swing for Diana, zaczęli nagabywać przechodniów w moim imieniu, prowadząc marketing pośredni mojej działalności artystycznej. Jak to mówią, dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane...
Był też Joe, a przynajmniej tak go w myślach nazwałem, bo mi się nie przedstawił. Spokojny, kulturalny starszy pan. Jeden z tych schludnie ubranych, których garderoba zatrzymała się jednak w minionej epoce na jakimś ranczu w USA. Spojrzał na mnie spod ronda skórzanego kapelusza, podkręcił wąs i najpierw zapytał się, kto napisał utwór, który właśnie grałem, a potem powiedział mi, że ma w domu trzy saksofony, ale na nich nie gra. Nie wiem, czy chciał się pochwalić, czy złożyć mi ofertę handlową (a taki sopran to bym sobie kupił, gdybym tylko miał za co, oj tak), ale w każdym razie pogadaliśmy przez chwilę. Wierzcie, nieczęsto spotykam kogoś, kto wie, co to jest soprillo albo taki, dajmy na to, tubax.

Oprócz tego standard: paru Azjatów cykających fotki wszystkiemu, co się ruszało (w tym mi), niespodziewanie mili strażnicy miejscy sprawdzający moje papiery i dzieci podchodzące nieśmiało do otwartego przede mną futerału, ściskając w dłoni pieniążek, który przed chwilą dostały od rodziców.

Tak więc jeżeli w przyszłości spodoba ci się jakiś artysta uliczny, okaż mu to. Niekoniecznie w jakiś materialny sposób. Dzięki takiemu właśnie okazywaniu swoje granie wspominam bardzo miło, chociaż nie okazało się raczej finansowym sukcesem. Za rok mam zamiar przygotować się lepiej i zrobić coś bardziej chwytliwego. Spójrzmy prawdzie w oczy pojedynczy saksofon altowy grający a capella muzykę klasyczną nie jest czymś, co jest w stanie poruszyć tłumy. No chyba żebym był Arno Bornkampem. Niestety nie jestem...

PS. Skaj twierdzi, że za mało aktywizuję czytelników. Nie stawiam w postach pytań i nie zachęcam do zostawiania odpowiedzi w komentarzach, nie zintegrowałem strony z fejsbukiem i gugleplusem i w ogóle to za przeproszeniem ch*ja robię, a nie prowadzę bloga, bo samo pisanie postów wystarczyło może dwadzieścia lat temu, kiedy z internetem łączyło się przez modem telefoniczny, a super futurystycznym sprzętem i szczytem luksusu był monitor CRT z płaskim kineskopem. Więc... Taaa... Jeśli macie jakieś pytanie odnośnie takich występów ulicznych, zdobywania pozwolenia, opłat i przebiegu przesłuchań kwalifikacyjnych, chętnie na nie odpowiem.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Dzień z życia muzyka

Gdy 13 maja 2015 roku niepozornie wyglądający niebieski pegaz wychodził rano z domu z futerałem na instrument zarzuconym na grzbiet, nie spodziewał się, że za dwa miesiące to właśnie ten dzień zostanie przeze mnie opisany na jego blogu.

Jak zapewne już większość z was zdążyła zauważyć, nawet jeżeli nie czytacie Dnia... od początku, Skaju jest saksofonistą. Nawet jeżeli wszystko wskazuje na to, że w przyszłości światła reflektorów i żel w grzywie będą ustępować miejsca lampom bezcieniowym i białym kitlom, swoją drugą pasję traktuje bardzo poważnie, co czasami wiąże się z pewnymi niedogodnościami. Bądź co bądź, duża i stosunkowo ciężka czarna walizka nie jest standardowym wyposażeniem studenta medycyny, a obowiązki pań w szatni  rzadko kiedy wybiegają poza standardową trójkę: kurtki, parasole, damskie torebki. Próba zostawienia u nich instrumentu kończy się zwykle pytaniami o zawartość walizki, odmową lub - i wbrew pozorom to jest najgorsze - Morderczym Spojrzeniem numer 7 znanym także jako Dobra Daj Mi To Coś I Zejdź Mi Z Oczu.

Ale warto. Nawet nie dlatego, że płeć piękna leci na muzyków (bo leci, ale o tym innym razem). Warto dla tego, co stanie się wieczorem. Gdy panie z szatni odprowadzą Skaja nienawistnym wzrokiem, wydawszy mu instrument, a nasz pegaz wsiądzie w autobus w drodze na koncert, zacznie się dzień z życia muzyka.


Autobus jest zwykle ostatnią chwilą na wyciszenie się przed graniem i pozbieranie myśli w samotności. Na miejscu zwykle za dużo się dzieje, zawsze trzeba coś sprawdzić, rozłożyć, czekać na nagłośnieniowca, który się spóźnia, dogadać ostatnie szczegóły koncertu z pozostałymi członkami zespołu... to całe cudowne zamieszanie, które sprawia, że krew zaczyna buzować już od chwili, kiedy z oddali zobaczysz scenę lub sam budynek, w którym masz za dwie godziny zagrać. Na razie jednak...

...trzeba się skupić na odnalezieniu backstage'u czy jakiegoś miejsca do rozłożenia się i zostawienia gratów na czas koncertu. Skaj nie może się doczekać, kiedy już będzie na tyle sławny i rozpoznawalny, że pracownicy obiektu sami z siebie przywitają go i pokażą drogę. Niekoniecznie do garderoby z gwiazdką przybitą na drzwiach. Serio, bądźmy realistami. Niestety na chwilę obecną wszyscy są zawsze bardzo zajęci i nikt nie ma czasu nawet spojrzeć na niebieskiego pegaza nerwowo rozglądającego się za kimś, kto wygląda na osobę odpowiedzialną za imprezę.


Takie garderoby, jak się już je znajdzie, bywają różne: od zupełnie nieistniejących po oddzielne pokoje albo namioty przy scenie plenerowej czasem nawet z bonusem w postaci cateringu. Na catering oczywiście nie rzucamy się jak banda hipsterów na moccacino z mlekiem sojowym w Starbucksie. Bądź co bądź, jesteśmy profesjonalistami. Najgorszym faux pas, jakie można w tym momencie popełnić, jest szturchnięcie gitarzysty kopytkiem i rozemocjonowany szept: Ziooooom, jemy?. Skaju jako Doświadczony Muzyk (DM) wie, że dozwolone jest najwyżej jedno dwu i pół sekundowe spojrzenie w stronę stolika i lekkie uniesienie kącika ust z aprobatą. Najpierw trzeba zająć się swoim instrumentem i zacząć przygotowania do występu.


Gdyby trzeba było wybrać jedną rzecz jako najmniej lubiany element przedkoncertowej rutyny, byłoby to na pewno nagłaśnianie zespołu. Nie tylko dłuży się niemiłosiernie, ale na dodatek i tak zawsze po występie ktoś podchodzi i mówi, że w ogóle nie było słychać saksu albo perkusja była za głośno. To zwykle trzeci moment, gdzie Skaju przenosi się myślami w daleką przyszłość, gdzie na wszystkie koncerty będzie jeździł z własnym dźwiękowcem. Drugi jest wtedy, jak w czasie grania okazuje się, że jednak nie słyszy się dobrze w odsłuchach. Naprawdę mało rzeczy potrafi tak zepsuć granie jak kiepski odsłuch, ot co.


Teraz doszedłem do momentu, w którym powinienem napisać coś o samym występie. Godzina zero, Skaj przybija piątkę z zespołem i wśród oklasków widowni wszyscy wychodzą na oświetloną scenę. Serce zaczyna mu mocniej bić, gdy mimochodem rzuca okiem na ludzi zgromadzonych trochę niżej przed nim. Lider daje znak i...

Stop. Niech tym razem przemówi muzyka. Mógłbym próbować opisać to, co dzieje się, gdy perkusista nabije pierwszy utwór, a zgromadzona we wszystkich energia wreszcie znajdzie ujście w decybelach wydobywających się z głośników. Mógłbym, ale to by się mijało z celem i wyszłoby sztucznie lub niepotrzebnie patetycznie, biorąc pod uwagę moje umiejętności pisarskie.


Ale to dobrze. W muzyce właśnie to jest piękne, że wcale nie potrzebuje słów, a każdy przeżywa ją sam w zupełnie niepowtarzalny i fantastyczny sposób i... Znów wyszło sztywno. Posłuchajcie lepiej Marienthala.

No i koniec. Aplauz, czasem bis, adrenalina opada. Ukłon, kurtyna. Trzeba w końcu pozbierać zabawki, wyjść do znajomych, których wcześniej zauważyło się ze sceny, podziękować za miłe słowa, gdy udają, że wcale nie słyszeli jak w połowie grania zepsułeś solówkę i... Wrócić do domu. Gra na dwa fronty jako student medycyny i muzyk przy dostatecznie dużej ilości samozaparcia lub - jak w przypadku Skaja - szczęścia może się udać, jednak rzadko jest czas, żeby po koncercie zostać na afterze. Niedługo po ostatnim ukłonie można zobaczyć jeszcze małego niebieskiego pegaza z czarną walizką na grzbiecie, jak przeciska się między ludźmi, co jakiś czas zaczepiając kogoś i podawszy na pożegnanie kopytko, mówi cicho: Dzięki za granie, stary. Muszę już lecieć. Widzimy się w środę.



Bo w środy Skaj ma próby zespołu.