Nie wypada być pegazem

Bo generalnie to w dzisiejszych czasach bycie pegazem jest trudne. Jakby sama niebieska sierść i kopytka nie przeszkadzały wystarczająco w codziennym funkcjonowaniu...

Pegaz na mikrobiologii - czyli czym się różni lekarz od wiedźmina

Nauka na mikrobach ogranicza się do dwóch podstawowych, niemalże egzystencjalnych pytań, z którymi prędzej czy później musi się zmierzyć każdy adept sztuki medycznej, praktykujący lekarz a także wiedźmin czy inny eksterminator...

Sen

Topos teatrum mundi w wersji kopytnej oraz sztuka improwizacji.

Dzień z życia praktykanta #4 - okiem Skaja

Na praktyki po czwartym roku przywiało nas ze Skajem na dwa różne oddziały. Ja swoich jeszcze nie zacząłem, ale za to on zaoferował się, że coś skrobnie. No i skrobnął. Nawet się nie domyślacie, jak ciężko było mi odczytać jego odręczne (odkopytne?) pismo...

Saksofon, jakiego nie znacie

Generalnie większość ludzi wie, albo przynajmniej kojarzy, że instrument, o którym mowa zyskał swoje miano od nazwiska swojego pierwszego konstruktora. Z Saxa to w ogóle niezły numer był...

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ojtam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ojtam. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 września 2015

Muzyk na ulicy

Pogodny sierpniowy wieczór. Ludzie spłoszeni wcześniej popołudniowym żarem znowu wychodzą z domów, a brukowane ulice Starego Miasta, zdominowane do tej pory głównie przez najwytrwalszych turystów obwieszonych aparatami fotograficznymi i uginających się pod ciężarem plecaków wypchanych najpotrzebniejszymi rzeczami, znowu zaczynają prowadzić do klubów i kawiarni albo tak po prostu na spacer. Wieczorami zabytki odsuwają się na drugi plan. Wtedy też, koło godziny dwudziestej, można na Plantach spotkać zarówno grupki imprezowiczów rozpoczynających całonocny maraton po barach i parkietach tanecznych, jak i rodziny z dziećmi, zakochane pary w drodze na romantyczną kolację oraz całą resztę, która zmęczona długim dniem wraca do domów lub hoteli.

Dodatkowo w sezonie nieodłącznym elementem miejskiego krajobrazu są artyści uliczni rozlokowani w strategicznych miejscach na placach oraz wzdłuż ulic i deptaków. Zmierzając już do meritum po tym przydługim wstępie, tego lata wśród wspomnianych artystów można było zobaczyć (i posłuchać) tak dla odmiany niżej podpisanego. Skaj tym razem ze względu na swoje przyrodzone lenistwo oraz, jak twierdzi, resztki godności osobistej nie towarzyszył mi w tym jakże ubogacającym przedsięwzięciu. Zamiast tego zajmował się oglądaniem Breaking Bad oraz systematycznym podprowadzaniem mi zarobionych drobniaków.
Raczej lubię ludzi i mimo że przed pierwszym ulicznym występem byłem zdenerwowany bardziej niż tasiemiec u anorektyczki, znaleźli się tacy, którzy zatrzymywali się na chwilę, żeby posłuchać, zamienić ze mną parę słów, czasem wrzucić coś do futerału albo w inny sposób pokazać, że podoba im się to, co robię. Uśmiech, skinięcie głową, zaimprowizowane oklaski. Takie małe momenty, które sprawiają, że podczas grania dla przypadkowej publiczności ciężko się nudzić.

Na przykład Jakob. Poznałem go, gdy grałem koncert Głazunowa. Generalnie to ten kawałek często mi ktoś przerywał.  Utwór trwa jakieś piętnaście minut i jest w nim trochę pauz, gdzie normalnie wchodzi orkiestra, a ja na chwilkę wyjmowałem instrument z ust i ludzie myśleli, że już skończyłem. Jakob zadał mi wtedy pytanie, którego żaden uliczny muzyk się nie spodziewa:

Hi. Can I listen to you play?

W przypływie wielkoduszności łaskawie mu pozwoliłem. Podczas następnej pauzy (no nie pozwolą mi dograć tego Głazunowa do końca) zagaił z kolei, czy nie myślałem może o jazzie. Na początku mu tłumaczę, że coś tam improwizuję, ale moją silniejszą stroną jest klasyka i od słowa do słowa... gość wyciąga gitarę i zaczyna grać. Śpiewał też całkiem nieźle, a ja wrzucałem do tego swoje wstawki na saksofonie. Umówiliśmy się jeszcze na wspólne granie po sesji wrześniowej. I powiedzcie mi teraz, że muzyka nie łączy ludzi!

Jakob wspomniał mi jeszcze, że jest z Ukrainy i że będzie mieszkał w Krakowie przez najbliższe sześć lat, bo przyjechał... studiować medycynę!

Kolejnym utworem, którego raz nie dane mi było skończyć, była Aria Bozzy. W pewnym momencie zostałem otoczony przez grupkę podchmielonych nastolatków. Trochę się przestraszyłem, nie powiem, szczególnie, że zarobienie maczety w plecy nie figurowało na mojej liście Rzeczy do zrobienia przed śmiercią. Zdarzyło się jednak coś o wiele gorszego: zrobili mi taką wieś jak stąd do Majcherek Dolnych. To znaczy byli w sumie bardzo mili... na swój sposób. Jeden z nich próbował mnie nawet poczęstować chrupkami, a bełkotliwe Zioooom, szacun! wychrypiane w moją stronę potraktowałem jak największą pochwałę. Tylko potem, gdy specjalnie dla nich zagrałem krótki i skoczny Swing for Diana, zaczęli nagabywać przechodniów w moim imieniu, prowadząc marketing pośredni mojej działalności artystycznej. Jak to mówią, dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane...
Był też Joe, a przynajmniej tak go w myślach nazwałem, bo mi się nie przedstawił. Spokojny, kulturalny starszy pan. Jeden z tych schludnie ubranych, których garderoba zatrzymała się jednak w minionej epoce na jakimś ranczu w USA. Spojrzał na mnie spod ronda skórzanego kapelusza, podkręcił wąs i najpierw zapytał się, kto napisał utwór, który właśnie grałem, a potem powiedział mi, że ma w domu trzy saksofony, ale na nich nie gra. Nie wiem, czy chciał się pochwalić, czy złożyć mi ofertę handlową (a taki sopran to bym sobie kupił, gdybym tylko miał za co, oj tak), ale w każdym razie pogadaliśmy przez chwilę. Wierzcie, nieczęsto spotykam kogoś, kto wie, co to jest soprillo albo taki, dajmy na to, tubax.

Oprócz tego standard: paru Azjatów cykających fotki wszystkiemu, co się ruszało (w tym mi), niespodziewanie mili strażnicy miejscy sprawdzający moje papiery i dzieci podchodzące nieśmiało do otwartego przede mną futerału, ściskając w dłoni pieniążek, który przed chwilą dostały od rodziców.

Tak więc jeżeli w przyszłości spodoba ci się jakiś artysta uliczny, okaż mu to. Niekoniecznie w jakiś materialny sposób. Dzięki takiemu właśnie okazywaniu swoje granie wspominam bardzo miło, chociaż nie okazało się raczej finansowym sukcesem. Za rok mam zamiar przygotować się lepiej i zrobić coś bardziej chwytliwego. Spójrzmy prawdzie w oczy pojedynczy saksofon altowy grający a capella muzykę klasyczną nie jest czymś, co jest w stanie poruszyć tłumy. No chyba żebym był Arno Bornkampem. Niestety nie jestem...

PS. Skaj twierdzi, że za mało aktywizuję czytelników. Nie stawiam w postach pytań i nie zachęcam do zostawiania odpowiedzi w komentarzach, nie zintegrowałem strony z fejsbukiem i gugleplusem i w ogóle to za przeproszeniem ch*ja robię, a nie prowadzę bloga, bo samo pisanie postów wystarczyło może dwadzieścia lat temu, kiedy z internetem łączyło się przez modem telefoniczny, a super futurystycznym sprzętem i szczytem luksusu był monitor CRT z płaskim kineskopem. Więc... Taaa... Jeśli macie jakieś pytanie odnośnie takich występów ulicznych, zdobywania pozwolenia, opłat i przebiegu przesłuchań kwalifikacyjnych, chętnie na nie odpowiem.

poniedziałek, 24 marca 2014

Dzień z życia praktykanta

Nie planowałem tego i w sumie było mi to obojętne. Potrzebne, żeby zaliczyć pierwszy rok? Spoko. To się jakoś zaliczy w przerwie między wylegiwaniem się na trawie a nicnierobieniem. To, że znalazłem się akurat na oddziale chorób wewnętrznych, było zwykłym przypadkiem. Zależało mi na tym, żeby praktyki po pierwszym roku odbyć GDZIEKOLWIEK, byle nie musieć za nie płacić. Po paru dniach załatwiania papierów i uśmiechania się do sekretarek miałem już dość traktowania mnie jak zło konieczne i gdy wreszcie znalazłem oddziałową, która była chętna mnie wziąć pod swoje skrzydła, liczyłem, że pójdzie już z górki.

Tym razem skrzydła metaforyczne. Po pierwsze prawdziwych nie posiadała, a po drugie nikt w szpitalu nie ma czasu na to, żeby ciągle niańczyć średnio rozgarniętego studenciaka (niżej podpisanego).

Naprawdę nikt, o czym miałem okazję sam się przekonać. Ordynator oddziału? Spróbowałem go raz przyłapać na korytarzu, kiedy jeszcze mój umysł nie był w stanie do końca ogarnąć konceptu sekretarki. Prawie biegnąc obok niego, dowiedziałem się, że nie ma czasu, bo pacjent i tak, oczywiście, proszę przyjść później”. Spławił mnie  jakoś tak dziwnie, że nie tylko nie poczułem się rozczarowany, ale byłem mu jakoś dziwnie wdzięczny, że w ogóle raczył mnie zauważyć. Ten człowiek musiał mieć styl, ot co. I wtedy w moim sercu zrodziło się postanowienie: Kiedyś też tak będę potrafił spławiać ludzi”.

Pielęgniarki na szczęście były na mnie skazane i trochę rzeczy mi pokazały, jeżeli się je o to poprosiło. Z reguły po to, by się mnie pozbyć, albo żebym mógł je w czymś wyręczyć... ale o to właśnie chodzi w praktykach, no nie? Ciągle żałuję, że nie byłem bardziej stanowczy w kwestii zakładania wenflonów i pobierania krwi, bo ani jednego ani drugiego nie miałem okazji się nauczyć. Rozumiem, gdybym od razu pchał się do skalpeli czy odbierania porodów, ale, kurczę, zwykłą igłą raczej ciężko człowieka zabić. Musiałbym naprawdę się postarać. Aż tak źle mi z oczu patrzy?

Nie powiem, może nie nauczyłem się, tyle ile mogłem, o co mogę mieć pretensje tylko do siebie. Na pewno też nie tyle, ile paru szczęściarzy z mojego roku, którzy praktyki mieli na ciekawszych oddziałach, albo trafili na bardziej opiekuńczych opiekunów. Wydaje mi się jednak, że najważniejszy był tutaj pierwszy kontakt z funkcjonowaniem szpitala "od kuchni" oraz z pacjentami. A propos tych ostatnich, udało się nam ze Skajem wyróżnić kilka typów. Opiszę w następnym poście.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Ciężar odpowiedzialności... studenta?

Medycyna to ciężkie studia, ale też bardzo prestiżowe. Skłamałbym, mówiąc, że ten fakt nie ma żadnego wpływu na wybór mojego przyszłego zawodu. Oczywiście - chcę w przyszłości pomagać ludziom. Chcę ratować życia. Niemniej jednak powołanie powołaniem, bycie lekarzem to też niczego sobie zarobki i szacunek społeczeństwa i taka swoista fama, która przylega do młodych adeptów sztuki medycznej już od pierwszego roku studiów. No właśnie - a propos tej famy...

Dlaczego niektórzy ludzie nie widzą różnicy między studentem medycyny a młodym lekarzem?

Nie, to nie jest wkurzające. Powiedziałbym nawet, że do pewnego stopnia łechta moją próżność w ten sam sposób, jak kiedy jakaś babcia na oddziale geriatrii zwróci się do mnie per "Panie Doktorze", bo zobaczyła, że noszę kitel. Serio, biały fartuch to +10 do profesjonalizmu. Muszę rozważyć pisanie kolokwiów w stroju roboczym... może pomoże na moje zaliczenia?

Bo co to... a, tak. Bo ja zupełnie nie o tym. Chciałem wspomnieć o czymś, co na razie mnie bawi, ale boję się, że w przyszłości zacznie irytować. Prośby o porady medyczne (badum tss).

Starsze panie, np. sąsiadki mojej babci, jestem w stanie zrozumieć, ale żeby moi rówieśnicy? Nie jest tego oczywiście jakoś dużo - po trzech semestrach mojej nauki takie przypadki można policzyć na palcach jednej ręki. Wciąż jednak zapadają w pamięć z wyżej wymienionych powodów. Poniżej parę przykładów. Endżoj.

1. Dzwoni kolega. Planuje wybrać się w odwiedziny do innego znajomego, który leży w szpitalu z zapaleniem opon mózgowych. Mam mu powiedzieć, co można takiej osobie kupić. Nawet jeżeli wiedziałbym coś o patomechanizmie tej choroby, wątpię czy znałbym wszystkie możliwe zalecenia dotyczące terapii i przebiegu choroby. Dopiero jak już odłożyłem słuchawkę, pomyślałem, że mogłem chociaż odradzić kupowanie wódki. Niby oczywiste, ale, jak widać, nigdy nic nie wiadomo...

2. Wiadomość na fejsie: Ej, Ojtam, czy lek X można brać na noc?”. Ahem... Po pierwsze przeczytaj ulotkę, po drugie przeczytaj ulotkę, po trzecie jeszcze nie miałem farmakologii, po czwarte PRZECZYTAJ ULOTKĘ. Czy wspominałem o czytaniu ulotki? Ewentualnie można skonsultować się z farmaceutą, jak już się nie chce do prawdziwego lekarza. Farmaceuta się na tym zna. Do tego też trzeba skończyć studia, wiedzieliście?

3. Czy zabieg usunięcia jakiejś tam cysty jest inwazyjny i czy na pewno jest bezpieczny? Zapytaj się lekarza. Ewentualnie innego lekarza. NIE studenta medycyny. Tutaj jednak będzie jedna rada ode mnie: nie czytać forów internetowych i uważać z pytaniem Wujka Google o takie rzeczy. Można niepotrzebnie się zacząć stresować, bo albo wyjdzie z objawów rak pęcherza moczowego, albo dowiemy się, że umrzemy, bo ciocia internauty Kamilexxxx345 miała kiedyś transfuzję i umarła. Serio? SERIO?

Reszta tego typu historii jest podobna. Moim znajomym, którzy się rozpoznali w którejkolwiek z tych historii dziękuję za zaufanie (nawet jeżeli zupełnie błędne) i obiecuję jak najlepiej się uczyć, żeby kiedyś odpowiadać rzetelnie na takie i trudniejsze pytania. Mam nadzieję, że nikogo nie uraziłem, bo to nie było moją intencją.

Ostatni akapit gwoli wyjaśnienia, bo studia medyczne są bardzo logicznie zorganizowane...  a raczej były przed reformą, na którą niestety mój rocznik się już załapał. Kto na tym ucierpi? Przede wszystkim nasi przyszli pacjenci. Pierwotny zamysł był taki: najpierw uczysz się, jak ludzki organizm jest zbudowany, potem jak to wszystko działa, dopiero potem są różne nieprawidłowości i ich leczenie - tak zwane przedmioty kliniczne. Większość studentów pierwszych lat może najwyżej sypnąć paroma ciekawostkami o ludzkim ciele albo powiedzieć, co to znaczy splenomegalia”. Ktoś ciekawy? Tak myślałem.