Nie wypada być pegazem

Bo generalnie to w dzisiejszych czasach bycie pegazem jest trudne. Jakby sama niebieska sierść i kopytka nie przeszkadzały wystarczająco w codziennym funkcjonowaniu...

Pegaz na mikrobiologii - czyli czym się różni lekarz od wiedźmina

Nauka na mikrobach ogranicza się do dwóch podstawowych, niemalże egzystencjalnych pytań, z którymi prędzej czy później musi się zmierzyć każdy adept sztuki medycznej, praktykujący lekarz a także wiedźmin czy inny eksterminator...

Sen

Topos teatrum mundi w wersji kopytnej oraz sztuka improwizacji.

Dzień z życia praktykanta #4 - okiem Skaja

Na praktyki po czwartym roku przywiało nas ze Skajem na dwa różne oddziały. Ja swoich jeszcze nie zacząłem, ale za to on zaoferował się, że coś skrobnie. No i skrobnął. Nawet się nie domyślacie, jak ciężko było mi odczytać jego odręczne (odkopytne?) pismo...

Saksofon, jakiego nie znacie

Generalnie większość ludzi wie, albo przynajmniej kojarzy, że instrument, o którym mowa zyskał swoje miano od nazwiska swojego pierwszego konstruktora. Z Saxa to w ogóle niezły numer był...

poniedziałek, 7 marca 2016

Pegaz na dermatologii – czyli krótkie studium narzekania

Każde pokolenie ma swego Cohena, swego Cobaina, swego Rottena, jak śpiewał zespół Leniwiec, a każdy rok na medycynie ma swoją biochemię. Taki przedmiot, który czy to za sprawą wykładowcy, asystenta czy ilości materiału skutecznie podwyższa studentom poziom kortyzolu i przez cały semestr spędza sen z powiek. Przedmiot, którego używa się czasem, by zależnie od okazji postraszyć albo zaimponować młodszym kolegom i koleżankom, a po egzaminie mówi się z ulgą jak zdałem X zdam już wszystko”. Pomyśleć, że rok wcześniej, gdy znajomi przestrzegali przed tym Skaja, wzruszał tylko skrzydłami i twierdził, że jakoś to będzie, bo przecież nie może być nic gorszego od patomorfologii, z którą wtedy się zmagał. Oczywiście nieparzystokopytne nie są wyjątkiem od praw Murphy'ego i tym sposobem na czwartym roku trafiło na dermatologię.
To wprawdzie nie naevi pigmentosi, ale blisko.
 A konkretniej na panią profesor z dermatologii. Ale po kolei...

Zajęcia generalnie nie są złe, chociaż sam zainteresowany dermatologiem na pewno nie będzie. Poza zawartością grubego i nudnego jak flaki z olejem podręcznika podstawowa umiejętność, jaką trzeba z nich wynieść, to opisanie stanu skóry, włosów i paznokci pacjenta i na tym między innymi polegało zaliczenie praktyczne. Każdy dostał swojego i w ogóle... Historię choroby i zestaw zagadnień potrzebny do zaliczenia ćwiczeń zdawało się u swojego asystenta, więc wszystko przebiegło w miarę bezproblemowo.

Dodatkowo Skaj dowiedział się, że istnieje coś takiego jak Zasady Dermatologii:
Pierwsza Zasada Dermatologii mówi o tym, że problem zaczyna się wtedy, kiedy nie działają sterydy.
Druga Zasada Dermatologii mówi o tym, że zawsze, gdy otwierasz podręcznik do przedmiotu w miejscu publicznym, otworzy ci się na stronie z pięknym dużym zdjęciem zmian skórnych w okolicach narządów płciowych. 

Pierwsze bezpośrednie zetknięcie mojego współlokatora z panią psor miało miejsce podczas cotygodniowych konsultacji, kiedy to pacjenci przyjmowani są w sali wypełnionej po brzegi studentami i lekarzami z dwoma krzesełkami w centrum: większym dla szefowej-królowej, która wygląda wtedy prawie jak władca otoczony swoją świtą, i mniejszym dla pacjenta. Skaj od początku czuł niechęć do porządków jakie panują na podczas tych zajęć, ponieważ po chwili, gdy wszyscy badają te zmiany skórne, wygląda to mniej więcej tak:

Bycie macanym po często szpecących zmianach skórnych przez kilkanaście par rąk naraz jest na pewno niezapomnianym przeżyciem dla pacjenta i bywa niezręczne również dla studentów, jednak nie wolno tu odstawać. To zresztą ciekawy dylemat z jednej strony chcesz się czegoś nauczyć, jak najwięcej zobaczyć, a z drugiej... zastanawiasz się, czy nie można by tego jakoś inaczej zorganizować.
 
Dalej było już tylko gorzej. Ciężko znaleźć lepszy sposób na schrzanienie pierwszego wrażenia: było duszno, a Skaj musiał tego dnia wstać przed piątą i nie wypił rano kawy. Starał się jak mógł, ale monotonny głos opisujący terapię łuszczycy nie wiadomo kiedy zlał się w cichy i przyjemny szmer, który nie dochodząc nawet do ośrodka Wernickego w płacie skroniowym, ginął gdzieś między błoną bębenkową, a trąbką Eustachiusza. No i przysnęło się pegazowi. Dostał taki opierdziel, że do końca zajęć siedział jak na szpilkach. Wieczorem, wróciwszy do mieszkania, zastałem go zwiniętego w pozycji embrionalnej na swoim łóżku.  Dopiero w porze kolacji udało mi się od niego wyciągnąć, co się stało.

Generalnie z panią psor jest taki problem, że ciężko powiedzieć o niej coś konkretnego, bo nie robi nic, co obiektywnie jest straszne. Trzeba tam być i doświadczyć tej Obecności (wielka litera nieprzypadkowo). Owszem, bywa niemiła, czasem nie wiadomo, co ją może wyprowadzić z równowagi, nie należy w sumie do najlepszych profesorów, jakich można spotkać na tych studiach, a niektóre pegazy z wyjątkowo bujną wyobraźnią mogą czasem odnieść wrażenie, że poluje nocami na leniwych studentów i trzyma ich w piwnicy celem późniejszego wyssania duszy. Ale to serio tyle. Dlatego Skaj odkrył w sobie nutkę awanturnika i postanowił specjalnie oblać egzamin z dermatologii, żeby na ustnych poprawkach jeszcze raz spotkać się oko w oko z postrachem katedry i stwierdzić empirycznie, czy rzeczywiście jest się czego bać.

Było nieciekawie, ale do przeżycia. Czasem dodatkową metodą odpytywania praktykowaną przez panią profesor jest otwieranie podręcznika na losowej stronie i z książką w ręku sprawdzanie wiedzy studenta z przypadkowego zagadnienia. Spoko, jak akurat wylosuje się tocznia albo fotodermatozy. Gorzej, jak biednemu studentowi wypadnie taka CHOROBA HECKA, o której jest zaledwie wzmianka, bo prawie nie występuje w Europie. Może to jeszcze by jakoś przeszło, gdyby sama nie musiała patrzeć wtedy do książki... Z drugiej strony nie stosowała tego triku zawsze i potrafiła oblać zarówno osoby, które lekko zacięły się dopiero przy trzecim pytaniu, jak i te które od początku tylko dukały. Zresztą tak samo jest z zaliczeniem. Od czego to zależy nie wiadomo.

Egzamin ustny u pani profesor był jednym z trudniejszych doświadczeń, jakie Skaj napotkał na swojej drodze do zawodu lekarza. Cała sytuacja zostawiła mu w głowie totalny mętlik i wiecie co? Skaj nadal nie może się zdecydować czy te wszystkie zarzuty na temat horroru panującego na katedrze dermatologii są słuszne, czy może tylko ich część. Na pewno wie już, skąd się bierze ta swoista czarna legenda szefowej, bo z nią rzeczywiście nie ma żartów, chociaż jakby go ktoś spytał, powiedziałby, że najlepiej samemu wyrobić sobie zdanie na temat drugiej osoby, a nie sugerować się plotkami. Widzicie, to studia medyczne a nie przedszkole, więc nie można oczekiwać, że wszyscy zawsze będą cię głaskać po główce... najwyżej czasem można pomarzyć...
 
Nie trzeba być psychologiem, żeby stwierdzić tę prostą zależność.
A rysowanie odstresowuje. Przynajmniej mnie i Skaja.
Tylko może niekiedy po prostu dobrze sobie ponarzekać? Oczywiście bez niepotrzebnego oczerniania kogokolwiek. Takie prawo studenta a po tym odreagowaniu z trochę świeższą głową znowu wrócić do książek. Żeby tylko w przyszłości nie narzekali na nas pacjenci.
---------------------------
Notka na koniec: Nie sugerujcie się komiksem. Skaj zdał... aczkolwiek dopiero za trzecim podejściem ;) A piszę o tym wszystkim ze względu na pewien post blogerki MSmalinowa, która wspomniała kiedyś u siebie, że na medycznych blogach często wszystko idzie zbyt idealnie i nierealistycznie. Z tego właśnie powodu Skaj pozwolił mi opisać jego zmagania z dermatologią. Nawet jeżeli DZP nie jest stricte medycznym blogiem.
P.S. Druga część artykułu o saksofonie się pisze”.

niedziela, 3 stycznia 2016

Saksofon jakiego nie znacie – czyli o tym innym Adolfie

Generalnie większość ludzi wie, albo przynajmniej kojarzy, że instrument, o którym mowa zyskał swoje miano od nazwiska swojego pierwszego konstruktora... Tak naprawdę na pomysł wpadłem jakieś dwa tygodnie temu we wtorek, ale dla lepszego efektu powiedzmy, że niniejszy artykuł zaczął się jakieś sześć lat wcześniej jednym prostym pytaniem zadanym Skajowi przez jego nowego nauczyciela saksofonu. Brzmiało ono:

Jakiej narodowości był Adolf Sax?

Nasz pegaz oczywiście nie znał poprawnej odpowiedzi, bo na tamte czasy jego wiedza teoretyczna o tym konkretnym aerofonie wychodziła bardzo nieznacznie poza stwierdzenie, że jest złoty i zajebisty. A szkoda, bo to ciekawe rzeczy są.

Z Saxa to w ogóle niezły numer był. Zacznijmy od tego, że przyszedł na świat w roku 1814 w Dinant jako najstarsze z jedenaściorga dzieci Karola Józefa Saxa, również wybitnego budowniczego instrumentów i w czasie swojej młodości kilkanaście razy dosłownie otarł się o śmierć. W wieku dwóch lat spadł z dużej wysokości (2 lub 3 piętro zależnie od źródła), połknął szpilkę, usiadł na piecu i poparzył sobie cały bok. Trzyletni Sax napił się białego witriolu z wodą, a życie uratowała mu natychmiast podana dawka oliwy. Nie zapominał też o rodzinie: pewnego razu wszyscy solidarnie zatruli się bielą ołowianą używaną w warsztacie ojca. Z tym ostatnim oprócz wspólnej profesji łączyło go także zatrucie tlenkiem miedzi oraz arszenikiem. Kolejnej intoksykacji nabawił się, gdy jego sypialnia z jakiegoś powodu posłużyła za suszarnię dla świeżo polakierowanych przedmiotów następnego dnia znaleziono go nieprzytomnego w łóżku. Innego dnia spadł mu też na głowę kamień z dachu (niektórzy mówią, że to była cegła). Oprócz tego prawie utonął, zachorował na odrę i był z tego powodu w śpiączce przez 9 dni (czy wspominałem, że nie lubię antyszczepionkowców?), wypił kwas borowy, złamał rękę drzwiami od dorożki i zatruł się zepsutym winem.

Biedny Adi dostał przydomek Sax-widmo i nawet jego rodzice z rezygnacją stwierdzili, że nie będzie długo żył.

Tymczasem nauczył się od ojca zawodu budowniczego instrumentów tak dobrze, że jego wytwory zaczęły zdobywać nagrody na międzynarodowych wystawach. Uczył się też śpiewu i gry na klarnecie w Królewskiej Wyższej Szkole Muzycznej i okazał się być bardzo zdolnym muzykiem. Często występował z własnymi instrumentami, dowodząc swojego talentu i równocześnie udowadniając wyższość swoich konstrukcji nad wytworami innych firm. Dochodziło nawet do oficjalnych publicznych pojedynków. W ten sposób, wygrywając z pierwszym klarnecistą brukselskiej filharmonii, profesorem Królewskiego Konserwatorium - Bachmannem zapewnił nowemu typowi klarnetu basowego swojej produkcji miejsce w składzie tamtejszej orkiestry. To tylko jedna z sytuacji, która pokazuje ambicję, poczucie własnej wartości i upór tego człowieka w dążeniu do celu cechy, które bardzo mu się przydały, gdy całe życie walczył o miejsce na nieprzychylnym dla cudzoziemca rynku instrumentów we Francji.

Bo Sax to nie tylko saksofony. Pozostałe trzy rodziny aerofonów, które wynalazł to sakshorny, sakstromby i sakstuby. Ulepszył też wiele z używanych obecnie instrumentów muzycznych, między innymi wspomniany klarnet basowy i puzon.

Pierwsze doniesienia o saksofonie pochodzą z roku 1838, jednak najwcześniejszym bezspornym dokumentem na ten temat jest katalog z pewnej wystawy przemysłowej z 1841 roku. Instrument ten jednak nie był wtedy zaprezentowany publicznie. W sieci można znaleźć historię, że powodem było uszkodzenie pakunku zawierającego prototyp nowego wynalazku na skutek czyjegoś złośliwego kopniaka. Wspomniana wystawa skończyła się mimo wszystko zdobyciem prestiżowej drugiej nagrody przez inne konstrukcje Saxa, której to nagrody jednak nie przyjął, twierdząc, że jest ona poniżej jego godności. Niedługo potem wyjechał do Paryża.

Pozwolę sobie przytoczyć tutaj fragmenty artykułu opisującego pierwszy saksofon, napisanego przez samego Hektora Berlioza, dobrego przyjaciela Saxa i jednego z największych entuzjastów i propagatorów nowego instrumentu:

Saksofon (...) jest instrumentem blaszanym o 19 klapach*, którego kształt jest zbliżony do kształtu ofiklejdy.Ustnik, inaczej niż w większości instrumentów blaszanych, podobny jest do ustnika klarnetu basowego. Dlatego saksofon daje początek nowej grupie instrumentów blaszanych stroikowych. Jego skala wynosi 3 oktawy, poczynając od B1 (...).
Brzmienie jest tak rzadkiej jakości, że jak mi wiadomo nie ma obecnie w użyciu instrumentu basowego**, który można by porównać z saksofonem. Jest ono pełne, miękkie, wibrujące, nadzwyczaj potężne, a jego intensywność można z łatwością zmniejszać. (...) Charakter tego brzmienia jest (...) absolutnie nowy i nie przypomina żadnej z barw słyszanych dotąd w naszych orkiestrach (...).
* Współcześnie 22, specjalnie policzyłem.
** Opis dotyczy saksofonu basowego, który powstał jako pierwszy.


Swoją drogą, ciekawe, jaka byłaby reakcja Saxa na taki wizerunek swojego instrumentu...
Mimo że ów pochlebny artykuł zapewnił Saxowi miejsce na paryskich salonach, jego wynalazek był często mylony z innymi instrumentami, sam twórca, nawet posiadając patent, musiał w ciągnących się latami procesach sądowych udowadniać swoje prawa do saksofonu, a jego firma była wielokrotnie sabotowana. Inni konstruktorzy instrumentów słusznie uważali go za silnego i niebezpiecznego konkurenta. Potrafili wysłać do niego fałszywego menedżera, którego zadaniem było zachęcanie Saxa do nierentownych inwestycji, podkupywać jego najlepszych pracowników lub nawet nabywać jego produkty, żeby później usunąć z nich znak firmowy i oskarżyć o plagiat. Największą przeszkodą byli jednak muzycy, którzy z różnych powodów (czasem też przekupieni) nie zgadzali się używać instrumentów Saxa i Spółki bez względu na okoliczności.

Oczywiście podczas lat spędzonych w Paryżu był też czas na sukcesy. To właśnie wtedy saksofon wszedł do oficjalnego składu orkiestr wojskowych w całym kraju (a później również za granicą), a jego konstruktor zyskał posadę nauczyciela instrumentu w kursie dla wykonawców otwartym przy paryskim Konserwatorium Muzycznym. W roku 1846 Sax został odznaczony również Pruskim Medalem Honorowym za wkład w tamtejszą wojskową muzykę orkiestrową i Krzyżem Legii Honorowej na Francuskiej Narodowej Wystawie Przemysłowej w 1849 roku. Został również honorowym członkiem Londyńskiej Akademii Nauk za wkład w ulepszanie instrumentów dętych.

Niemniej życie nieźle dało mu w kość i na skutek różnych czynników był zmuszony aż trzykrotnie ogłaszać bankructwo swojej firmy. W 1878 roku, gdy w Paryżu odbywała się kolejna Wystawa Światowa, nie było go stać nawet na uiszczenie opłaty za udział w tej imprezie, na której w przeszłości wielokrotnie zdobywał nagrody. Nigdy też, mimo wieloletnich starań, posiadanego tytułu profesora i deklarowanej chęci pracy za darmo, nie pozwolono mu otworzyć klasy saksofonu w Konserwatorium Paryskim. Pierwszą taką klasę otworzył dopiero w 1942 wybitny saksofonista i pedagog Marcel Mule.

Pamiętacie, jak wspominałem, że młody Sax miał w zwyczaju ocierać się o śmierć? W wieku 39 lat zachorował na złośliwego raka. Według źródeł w w jego kącikach ust pojawiły się czarne powiększające się plamki. Po pięciu latach do objawów doszedł silny ból głowy, a po kolejnych dwóch lekarze doradzili mu już tylko uporządkowanie swoich spraw. Zdesperowany konstruktor zwrócił się po pomoc do człowieka o nazwisku de Vries nazywanego czarnym doktorem. Stosując ekstrakt z bliżej niezidentyfikowanej rośliny indyjskiej udało mu się nie tylko wywołać sprzeciw środowiska dyplomowanych lekarzy, ale jakimś cudem również wyleczyć Saxa, który przeżył w dobrym zdrowiu kolejne 36 lat aż do swojej śmierci w 1894 roku.



Patrząc na historię, saksofon jest bardzo młodym instrumetem. Istnieje niewiele ponad półtora wieku i w przeciwieństwie do innych, tych tradycyjnych, powstał od razu w formie jaką znamy obecnie, a technika gry i styl wciąż zmieniają się i ewoluują. Można to szczególnie zauważyć, słuchając starych nagrań Jean-Marie Londeixa jednego z najwybitniejszych saksofonistów klasycznych, którego styl gry diametralnie różni się od współczesnego (dla porównania). Oczywiście jest to proces, który dotyka wszystkich instrumentów, jednak wydaje mi się, że tylko w przypadku saksofonu jest to tak szybkie i łatwo zauważalne.

W tym miejscu na razie skończę ze względu na ilość tekstu jaką zajęło mi opisanie biografii Adolfa Saxa.  W następnej części artykułu będzie można się dowiedzieć więcej na temat samego saksofonu. Postaram się napisać trochę o jego budowie i roli jaką spełniał w muzyce na przestrzeni lat aż do dzisiaj, literaturze saksofonowej oraz o tym, kiedy Skaj obraził się na konkurs Eurowizji i dlaczego woli Desmonda od Parkera.

Aha. Belgia. Adolf Sax był Belgiem :)

-----------------------------------------------
Notka na koniec:
To pierwszy taki tekst, do którego postarałem się jakoś przygotować przed pisaniem i w żadnym wypadku nie uważam się za specjalistę od saksofonu i biografii Adolfa Saxa. Jestem świadomy, że post może zawierać błędy, nieścisłości i skróty myślowe, które mogą być źle odebrane. Jeżeli masz jakiekolwiek zastrzeżenia, napisz mi o tym.

Źródła:
- David Pituch, Saksofon od A do Z, PWM 2000

czwartek, 3 grudnia 2015

Możesz być kimkolwiek zechcesz

Zrób to! Nie pozwól, żeby twoje marzenia pozostały marzeniami! mówił Shia Labeowuf z prostokątnego okienka na ekranie laptopa ku uciesze grupki studentów medycyny w akademiku po godzinach. Jeden z nich, który znacznie odbiegał wyglądem od reszty, po trzydziestu sekundach nie wytrzymał i skończył jako tarzająca się ze śmiechu po podłodze masa niebieskich kopytek. I wcale nie chodzi mi o to, że ze względu na słabą głowę podobną reakcję może po dwóch butelkach cydru wywołać u mojego skrzydlatego przyjaciela prawie wszystko. Generalnie potem przez jakiś czas niezawodnym sposobem na niekontrolowany atak śmiechu u Skaja było wyszeptanie mu wspomnianych wyżej słów do ucha na przykład ku uciesze gawiedzi podczas zajęć z mikrobiologii z doktor Buką albo zamarkowanie tego charakterystycznego przysiadu ze zbliżeniem rąk przypominającego prężącego muskuły goryla... lub pacjenta ciężko znoszącego badanie prostaty per rectum, ale jednocześnie zdeterminowanego, żeby mieć je już za sobą.

No bo wracając do meritum czym do jasnej ciasnej ma być to jedyne w swoim rodzaju to, po zrobieniu którego uczynimy świat lepszym miejscem, a filmowcy z Hollywood będą zabijać się o prawa do nakręcenia naszej biografii? Zakładając oczywiście, że nie chodzi o wcielanie w życie każdego pomysłu i zachcianki, które przyjdą Skajowi do łba. Pewnie Labeouf miał na myśli realizowanie swojego... bleh... Przeznaczenia.

Jeśli ktoś nie wie, wiele osób uważa przeznaczenie za rodzaj czegoś, co psychiatria nazywa ideą nadwartościową z tym, że ludzi, którzy poznali swoje (zwykle podczas jakiegoś swoistego duchowego katharsis), nie zamyka się w szpitalach, tylko podziwia i stawia za przykład dla innych, podobno błądzących przez całe życie jak źrebak we mgle. Generalnie fajnie jest mieć przeznaczenie. Niestety to bzdura. Taki mit, w który im prędzej przestaniemy wierzyć, tym lepiej.
Tylko co dalej? Oczywiście Shia Labeouf ma rację. Ale nawet jeśli już z grubsza zdecydowaliśmy się na daną ścieżkę kariery, czy powinniśmy porzucić wszystkie inne pasje, ewentualnie minimalizując je do nic nie znaczących weekendowych hobby w celu ochrony przed zbyt wczesnym wypaleniem zawodowym?

To powinno być oczywiste. Przecież od dziecka powtarza nam się, że możemy w życiu robić cokolwiek zechcemy i ogranicza nas tylko nasza własna wola. Specjalnie nie chcę pisać o tym, że przecież nie każdy ma równe szanse i bardzo wiele zależy od statusu społecznego, majątkowego czy zwykłych predyspozycji. Jeśli chodzi o wzbudzanie poczucia winy wśród przedstawicieli białej klasy średniej, jest masa ludzi, którzy zrobią to lepiej ode mnie, a poza tym nie robi się do własnego gniazda czy coś w tym stylu.

No więc moje kochane niepowtarzalne płatki śniegu, pegazy wy moje, samotne wyspy pośród oceanu przeciętności, możecie robić, co tylko zechcecie. Czasem potrzeba sprzyjającej ekonomii, najczęściej odpowiedniego podejścia, niekiedy nutki szczęścia i iskry inspiracji. Bywa też, że muszą ucierpieć na tym jakieś mniej ważne obowiązki, ale generalnie wszystko jest możliwe. Właśnie z takiego założenia wychodzi Skaj, gdy Reszta Świata twierdzi, że łączenie muzyki z medycyną jest czymś nadzwyczajnym i godnym podziwu, a on tylko wzrusza skrzydłami, powtarzając z uśmiechem, że to tylko tak dobrze wygląda z zewnątrz.

Tylko że jeżeli lekarz nie da z siebie stu procent, będzie w najlepszym razie kiepskim lekarzem. Tak samo jest z muzykiem. Oczywiście nie ma tu prostej odpowiedzi: nasza pasja jest częścią nas, jest niezbędna do życia, a ludzie tak jak pegazy są stworzeniami wielowymiarowymi. W ostatecznym rozrachunku chodzi jednak o priorytety. Bo możesz być kimkolwiek zechcesz.

Ale czy możesz być tym wszystkim jednocześnie?
 

czwartek, 22 października 2015

Bajka o Skaju co Antywacława ubił (czyli rzecz o szczepionkach)

awno dawno temu za siedmioma górami, za siedmioma lasami i jednym całkiem sporym zbiornikiem melioracyjnym była sobie kraina Uniwersytetem Medycznym zwana. Panował nad nią stary król Dziekanus, który rządził swoją dziedziną mądrze a sprawiedliwie, przez co cieszył się miłością i szacunkiem swoich asystentów, żaków i pacjentów.

Ci ostatni szczególnym mirem zwykli króla Dziekanusa otaczać, bo wżdy było wiadomo, że jeno ilekroć kto zaniemógł za sprawą choroby różnej maści, nie lza mu było czekać w izbie, aż ducha wyzionie, ale pomocy na dworze łacno mógł szukać. Tam bowiem monarcha zwykł najrozmaitszymi dryjakwiami sobie wyłącznie znanymi wszystkie przypadłości ludu swego leczyć. A i to dzięki mądremu władcy zdarzało się tylko od wielkiego dzwonu, albowiem dekretem królewskim każde dziecko w Uniwersytecie było chronione specjalnym zabiegiem wakcynacyją zwanym.

Jednak tak to już niestety bywa na tym świecie, że nic co dobre wiecznie trwać nie może. Dlategoż pewnego razu wysłał król swoich heroldów po całym królestwie z wieścią, jak następuje:

Obywatele Uniwersytetu Medycznego! Nasz miłościwy pan i władca, król Dziekanus Dwudziesty Piąty ogłasza, co następuje: na zamku zalęgł się stwór szkaradny Antywacławem zwany, która to poczwara, w szpitalu królewskim mając swoje leże, nie pozwala naszemu władcy dzieci wakcynować, coby zdrowe były i dobrze im się powodziło. Dlategoż śmiałek, który Antywacława przegnać tam, gdzie raki zimują, zdoła, dworskim dekretem pół punktu na LEP-ie oraz rękę królewny nieboszczki, co ją rok temu koń stratował, w formalinie dostać może”.


Wielkie tedy poruszenie zapanowało wśród żaków w całym królestwie, a nynie już, jak kto ledwo nerwy czaszkowe po kolei spamiętał, gnał co koń wyskoczy do zamku, coby o swoje pół punktu i rękę królewny pro publico bono się ubiegać. Wielu próbowało zmorę ze szpitala zmóc przeróżnymi sposobami, jednak żadna broń zdawała się gadziny nie imać. Jedni próbowali uderzać logiką, inni szli na przeciwnika z orężem wykutym z najznakomitszej wiedzy akademickiej, zasłaniając się tarczą wzmacnianą miksturą z tysięcy badań naukowych. Nic na stwora nie działało. Antywacław bowiem nie przejmował się ani logiką, ani nawet faktami, a ignorancyją swoją wszelkie ataki udaremniając, siedział głęboko w swojej norze i gulgotał tylko złośliwie. Każdego zaś, kto owo gulgotanie słyszał, zimny dreszcz przejmował i już nie chciał na bestyję nastawać, albowiem milsze mu było własne życie nad zaoszczędzenie paru godzin nauki. Tym oto sposobem pozbywał się Antywacław wszelakich śmiałków i amatorów przydatków zmarłej królewny, o połowie punktu na LEPie nie wspominając.

Po miesiącu i tygodniach trzech wieść trafiła nawet w najdalsze zakątki krainy i tak się złożyło, że usłyszał ją pewien młody pegaz niebieskiego umaszczenia. Bardzo się przejął losem króla i biednych niewakcynowanych dzieci i zapragnął pokonać poczwarę, która na zdrowie obywateli nastawała. Na imię miał Skaj. Zaraz też inni żacy poczęli kręcić głowami i powtarzać: Skajko-jajko, tyś to na Antywacława chciał się porwać? Pomyśl, co on zrobił z mądrzejszymi od ciebie. Pomyśl o swojej matuli. Co ona pocznie, jak z ręki potwora zemrzesz? Ucz ty się lepiej, bo za tydzień masz zaliczenie ze zdrowia publicznego - mówili.

Olaboga, Skajuś! zawodziła matka, która z jakiegoś powodu wtargnęła nagle w tok narracji. Jaka ja biedna. Nie dość, że jesteś koniem, to jeszcze cukier podrożał”.

Na takie dictum wzruszył tylko nasz pegaz skrzydłami, zarżał raźno, strząchnął grzywą i gdy już skończył demonstrować wszem i wobec swoją odmienność gatunkową, ruszył do zamku, gdzie czekał zafrasowany król.

Przybył tedy dzielny Skaj pod leże stwora, co się w zamku zalągł i tako rzecze:
 – Wyłaź gadzino i stawaj ze mną w szranki albo zmykaj, gdzie pieprz rośnie, bo nie godzi się, aby niewinnych dziatków nie pozwalać królowi wakcynować!
  A pocałuj mnie w dupę zagulgotał złośliwie Antywacław, co ani myślał wychodzić i stawać z pegazem do pojedynku, jeno odpowiednią część ciała wystawił lekko do przodu, coby wspomniany akt oralny przeciwnikowi ułatwić.

Rozsierdził się tedy Skaj nie na żarty, że sobie z niego taki byle Antywacek dworuje i uczciwie na logiczne argumenty walczyć nie zamierza.
 – Takiś to, bratku? zapytał gniewnie. Wychodź zaraz, bo tak cię kopnę, że cię własne limfocyty nie poznają! zagroził.

Nie doczekał się jednakże żadnej reakcji, toteż jak powiedział, tak zrobił: odwrócił się tyłem do oponenta i z całej siły bryknął tylnymi nogami, a Antywacław zawył z bólu i tak daleko poleciał niesiony trzecią zasadą dynamiki Newtona, że wylądował dopiero w przyszły czwartek.

Wyszedł zaraz wdzięczny król Dziekanus do dzielnego pegaza i powiada:
 – Skaju! Toć stu śmiałków próbowało poczwarę zmóc wiedzą, logiką i doświadczeniem, a tyś jeno brutalnej siły kopytek użył, a bestyję przegoniłeś. Winniśmy wszyscy tobie dozgonną wdzięczność. Proś, o co chcesz, a jeśli będzie w mojej mocy, tako ci uczynię.
 – Królu Dziekanusie odrzekł pegaz, kłaniając się nisko Nie ze względu na nagrodę stanąłem w szranki z Antywacławem, ale ze względu na dobro naszej pięknej krainy. O punkty do LEP-u nie dbam, a anatomię zdałem w sesyji wrześniowej, zatem i ręka królewny niech trafi do kogoś, komu bardziej się przyda. Proszę cię jeno o zaliczenie ze zdrowia publicznego, albowiem okrutniem zmęczony po tym całym starciu i uczyć się mi teraz nie łacno.

Na te słowa zaśmiał się dobrotliwie król Dziekanus i królewskim długopisem wpisał obok nazwiska Skaja zal, które to zal widnieje po dziś dzień w akademickich księgach, a niektórzy mówią, że jak się dobrze przypatrzyć, widać w literach jakby podobiznę przegnanej gadziny.

QNIEC

*************************************


Notka na koniec: Co do zasadności szczepień lub jej braku pozwolę się wypowiedzieć mądrzejszym i zalinkuję do bardzo fajnego artykułu, który znalazłem w sieci i który po części zainspirował historyjkę o Antywacławie i zaliczeniu ze zdrowia publicznego: http://thelogicofscience.com/2015/10/12/100-bad-arguments-against-vaccines/

A zwyczajowy rysunek zamieszczam tutaj ;)

P.S. Jakby ktoś nie zauważył, odświeżyłem wygląd bloga. Ze sliderem na stronie głównej i w ogóle :3 Będę wdzięczny za każdą opinię na jego temat.. Coś nie pasuje? Coś zmienić? Coś się źle wyświetla?

środa, 30 września 2015

Jak przetrwać na medycynie

Jako że jutro pierwszy października, a na blogach studentów medycyny, które czytam, panuje ostatnio trend na opisywanie swoich traumatycznych przeżyć z pierwszego roku ku przestrodze młodszych kolegów i koleżanek, postanowiłem sam dorzucić swoje trzy grosze do całego tego zamieszania, jednak zamiast mrożących krew w żyłach opowiadań o zgubieniu drogi w wielkim mieście i refleksji o zwłokach śmierdzących formaliną, przygotowaliśmy ze Skajem zwięzły poradnik, który, mam nadzieję, w dziesięciu prostych punktach pokaże wam, jak przeżyć naukę medycyny, nie dając przy tym przysłowiowego faka (i nie chodzi mi tutaj o fakultety).

Tak, powyższy akapit to jedno monstrualne zdanie wielokrotnie złożone.

1. Materiałów nigdy za dużo. Wykładowcy uniwersytetów medycznych są znani z tego, że potrafią zapytać o dosłownie wszystko, byleby tylko uwalić studenta, a pięciokilogramowa teczka z kserówkami trzymana na ławce podczas ćwiczeń odstrasza ich tak skutecznie jak, nie przymierzając, czosnek wampiry. Poza tym w podręcznikach mogą być błędy i mogą się zdezaktualizować, w przeciwieństwie do notatek na Chomikuj opracowanych kiedyś przez jakąś grupę studentów z drugiego końca Polski. Artykuły z PubMedu must have, opracowania pytań dla ambitnych jak najbardziej, kącik porad medycznych z Przyjaciółki nie zaszkodzi skserować na wszelki wypadek.

2. Jeżeli kupujesz materiały, to tylko z najlepszego źródła. Na Facebooku można znaleźć grupy, gdzie studenci zamieszczają oferty kupna, sprzedaży bądź wymiany praktycznie wszystkiego, co potrzebne do studiowania. Szukaj ogłoszeń, w których sprzedawcy piszą, że dzięki swoim notatkom zdali wszystko w pierwszym terminie bądź startowali w jakichś konkursach typu Scapula Aurea czy Superhelisa. Jeżeli komuś powinęła się noga na sesji w czerwcu, to prawdopodobnie przez to, że miał kiepskie notatki i nie warto od niego kupować. Poza tym jako przyszły LEKARZ nie chcesz się przecież zadawać z przegrywami, którzy i tak prawdopodobnie nie skończą tych studiów. Dobrym wyznacznikiem jest też cena. Jeżeli ktoś liczy sobie za mało albo chce tylko czekoladę za fatygę, pewnie da ci lipne materiały, żeby pozbyć się konkurencji w przyszłości. Jeżeli jednak wciąż masz jakieś wątpliwości, patrz punkt 1.

3. Kup sobie co najmniej 3 markery w jaskrawych kolorach do zaznaczania tekstu w notatkach i podręcznikach. Bez tego nie ma szans na przyswojenie jakiejkolwiek wiedzy. Nie od dziś wiadomo, że pozakreślanie książki robią dobre wrażenie na otoczeniu oraz pozwolą ci czuć, że coś zrobiłeś i nawet, jeśli będziesz zaznaczał bezmyślnie prawie wszystko jak leci, coś w głowie zostanie.

4. Ucz się tylko tego, czego absolutnie musisz. I tak będziesz miał/a na tym kierunku problem ze znalezieniem czasu na cokolwiek, a wszyscy wiedzą, że zawodu uczysz się tak naprawdę tylko przez rok stażu po studiach. Reszta jest dla papierka.

5. Koniecznie kup sobie czaszkę. Musi być prawdziwa. Bez niej nie ma szans zdać anatomii. Poza tym co to za student medycyny bez czaszki? Czym niby chcesz szpanować na imprezach?

6. Zmień profilowe na facebooku na takie, które odzwierciedla twoją nową drogę życiową. Koniecznie takie, na którym jesteś w kitlu, fartuchu anatomicznym albo w masce chirurgicznej. Jeśli nie grzeszysz urodą, wstaw zdjęcie RTG niekoniecznie musi być twoje, i tak nikt się nie zorientuje. Nie zapomnij też o regularnym wrzucaniu na tablicę medycznych memów, fotografii szkiełek z limfocytem, który ma jądro w kształcie serca i tym podobnych. Ciągle narzekaj na ilość nauki i mów, że chyba sobie nie poradzisz. To pomaga w walce ze stresem.

7. Sen jest dla słabych. Nie zarywając nocy, nie masz szans dobrze się przygotować na cokolwiek, a w dodatku będziesz stanowić zgorszenie i zły przykład dla innych studentów. Już podczas wakacji polecamy przyzwyczajać się do dziewiętnastogodzinnego dnia pracy. W czasie sesji ilość snu skróć do dwóch godzin, a w razie potrzeby możesz czasami w ogóle z niego zrezygnować.

8. Koniec z pasjami i zainteresowaniami poza medycyną. I tak ci się do niczego nie przydadzą i będziesz miał więcej czasu na naukę. Tapetę na telefonie i komputerze zmień na jakiś szkielet albo grafikę z atlasu anatomicznego. Dla relaksu czytaj tylko popularnonaukowe książki medyczne. Jeżeli już musisz słuchać muzyki, to tylko Elektrycznych Gitar, bo ich lider jest neurologiem.

9. Nie ufaj nikomu. Starości grup i roku dbają tylko o własne interesy. Na wszystkie katedry w każdej sprawie udawaj się zawsze osobiście. Nie dziel się notatkami i nie bierz udziału w grupowym opracowywaniu pytań i spisywaniu wykładów. W ten sposób nikt cię nie oszuka i nie będzie korzystał z twojej ciężkiej pracy.

10. Słuchaj porad anonimowego kolesia, który twierdzi, że przyjaźni się z małym, niebieskim, gadającym konikiem. W żadnym wypadku nie pytaj starszych kolegów albo ludzi z sekty zwanej IFMSA. Oni kłamią. Serio.

****

No dobra, po prostu pamiętajcie nie można dać się zwariować :) Jeżeli ktoś ma jakieś pytania, postaramy się ze Skajem odpowiedzieć na nie w komentarzach. Jeżeli nie, to pójdziemy się upić tanim cydrem, bo i tak nie mamy nic lepszego do roboty. Nie obrazimy się również, gdy zaglądający tu studenci zostawią swoje własne porady dla pierwszoroczniaków ten temat ciężko wyczerpać.

A dla rozpoczynających drugi rok, wstawiam bazgroł z moich notatek na ćwiczenia z biochemii o substancjach uzależniających :v

*CDT desjalowana transferryna ważny marker nadużywania alkoholu, wzrasta po spożywaniu >60g C2H5OH na dobę przez 3-4 tygodnie.

środa, 23 września 2015

Muzyk na ulicy

Pogodny sierpniowy wieczór. Ludzie spłoszeni wcześniej popołudniowym żarem znowu wychodzą z domów, a brukowane ulice Starego Miasta, zdominowane do tej pory głównie przez najwytrwalszych turystów obwieszonych aparatami fotograficznymi i uginających się pod ciężarem plecaków wypchanych najpotrzebniejszymi rzeczami, znowu zaczynają prowadzić do klubów i kawiarni albo tak po prostu na spacer. Wieczorami zabytki odsuwają się na drugi plan. Wtedy też, koło godziny dwudziestej, można na Plantach spotkać zarówno grupki imprezowiczów rozpoczynających całonocny maraton po barach i parkietach tanecznych, jak i rodziny z dziećmi, zakochane pary w drodze na romantyczną kolację oraz całą resztę, która zmęczona długim dniem wraca do domów lub hoteli.

Dodatkowo w sezonie nieodłącznym elementem miejskiego krajobrazu są artyści uliczni rozlokowani w strategicznych miejscach na placach oraz wzdłuż ulic i deptaków. Zmierzając już do meritum po tym przydługim wstępie, tego lata wśród wspomnianych artystów można było zobaczyć (i posłuchać) tak dla odmiany niżej podpisanego. Skaj tym razem ze względu na swoje przyrodzone lenistwo oraz, jak twierdzi, resztki godności osobistej nie towarzyszył mi w tym jakże ubogacającym przedsięwzięciu. Zamiast tego zajmował się oglądaniem Breaking Bad oraz systematycznym podprowadzaniem mi zarobionych drobniaków.
Raczej lubię ludzi i mimo że przed pierwszym ulicznym występem byłem zdenerwowany bardziej niż tasiemiec u anorektyczki, znaleźli się tacy, którzy zatrzymywali się na chwilę, żeby posłuchać, zamienić ze mną parę słów, czasem wrzucić coś do futerału albo w inny sposób pokazać, że podoba im się to, co robię. Uśmiech, skinięcie głową, zaimprowizowane oklaski. Takie małe momenty, które sprawiają, że podczas grania dla przypadkowej publiczności ciężko się nudzić.

Na przykład Jakob. Poznałem go, gdy grałem koncert Głazunowa. Generalnie to ten kawałek często mi ktoś przerywał.  Utwór trwa jakieś piętnaście minut i jest w nim trochę pauz, gdzie normalnie wchodzi orkiestra, a ja na chwilkę wyjmowałem instrument z ust i ludzie myśleli, że już skończyłem. Jakob zadał mi wtedy pytanie, którego żaden uliczny muzyk się nie spodziewa:

Hi. Can I listen to you play?

W przypływie wielkoduszności łaskawie mu pozwoliłem. Podczas następnej pauzy (no nie pozwolą mi dograć tego Głazunowa do końca) zagaił z kolei, czy nie myślałem może o jazzie. Na początku mu tłumaczę, że coś tam improwizuję, ale moją silniejszą stroną jest klasyka i od słowa do słowa... gość wyciąga gitarę i zaczyna grać. Śpiewał też całkiem nieźle, a ja wrzucałem do tego swoje wstawki na saksofonie. Umówiliśmy się jeszcze na wspólne granie po sesji wrześniowej. I powiedzcie mi teraz, że muzyka nie łączy ludzi!

Jakob wspomniał mi jeszcze, że jest z Ukrainy i że będzie mieszkał w Krakowie przez najbliższe sześć lat, bo przyjechał... studiować medycynę!

Kolejnym utworem, którego raz nie dane mi było skończyć, była Aria Bozzy. W pewnym momencie zostałem otoczony przez grupkę podchmielonych nastolatków. Trochę się przestraszyłem, nie powiem, szczególnie, że zarobienie maczety w plecy nie figurowało na mojej liście Rzeczy do zrobienia przed śmiercią. Zdarzyło się jednak coś o wiele gorszego: zrobili mi taką wieś jak stąd do Majcherek Dolnych. To znaczy byli w sumie bardzo mili... na swój sposób. Jeden z nich próbował mnie nawet poczęstować chrupkami, a bełkotliwe Zioooom, szacun! wychrypiane w moją stronę potraktowałem jak największą pochwałę. Tylko potem, gdy specjalnie dla nich zagrałem krótki i skoczny Swing for Diana, zaczęli nagabywać przechodniów w moim imieniu, prowadząc marketing pośredni mojej działalności artystycznej. Jak to mówią, dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane...
Był też Joe, a przynajmniej tak go w myślach nazwałem, bo mi się nie przedstawił. Spokojny, kulturalny starszy pan. Jeden z tych schludnie ubranych, których garderoba zatrzymała się jednak w minionej epoce na jakimś ranczu w USA. Spojrzał na mnie spod ronda skórzanego kapelusza, podkręcił wąs i najpierw zapytał się, kto napisał utwór, który właśnie grałem, a potem powiedział mi, że ma w domu trzy saksofony, ale na nich nie gra. Nie wiem, czy chciał się pochwalić, czy złożyć mi ofertę handlową (a taki sopran to bym sobie kupił, gdybym tylko miał za co, oj tak), ale w każdym razie pogadaliśmy przez chwilę. Wierzcie, nieczęsto spotykam kogoś, kto wie, co to jest soprillo albo taki, dajmy na to, tubax.

Oprócz tego standard: paru Azjatów cykających fotki wszystkiemu, co się ruszało (w tym mi), niespodziewanie mili strażnicy miejscy sprawdzający moje papiery i dzieci podchodzące nieśmiało do otwartego przede mną futerału, ściskając w dłoni pieniążek, który przed chwilą dostały od rodziców.

Tak więc jeżeli w przyszłości spodoba ci się jakiś artysta uliczny, okaż mu to. Niekoniecznie w jakiś materialny sposób. Dzięki takiemu właśnie okazywaniu swoje granie wspominam bardzo miło, chociaż nie okazało się raczej finansowym sukcesem. Za rok mam zamiar przygotować się lepiej i zrobić coś bardziej chwytliwego. Spójrzmy prawdzie w oczy pojedynczy saksofon altowy grający a capella muzykę klasyczną nie jest czymś, co jest w stanie poruszyć tłumy. No chyba żebym był Arno Bornkampem. Niestety nie jestem...

PS. Skaj twierdzi, że za mało aktywizuję czytelników. Nie stawiam w postach pytań i nie zachęcam do zostawiania odpowiedzi w komentarzach, nie zintegrowałem strony z fejsbukiem i gugleplusem i w ogóle to za przeproszeniem ch*ja robię, a nie prowadzę bloga, bo samo pisanie postów wystarczyło może dwadzieścia lat temu, kiedy z internetem łączyło się przez modem telefoniczny, a super futurystycznym sprzętem i szczytem luksusu był monitor CRT z płaskim kineskopem. Więc... Taaa... Jeśli macie jakieś pytanie odnośnie takich występów ulicznych, zdobywania pozwolenia, opłat i przebiegu przesłuchań kwalifikacyjnych, chętnie na nie odpowiem.

niedziela, 6 września 2015

Dzień z życia praktykanta #3 – Papierologia


Miesiąc czasu to wystarczająco dużo, żeby nawet niedoświadczony i średnio rozgarnięty koniowaty wdrożył się w funkcjonowanie oddziału, zaczynając od porannej odprawy i obchodu sal, poprzez życie codzienne tego fascynującego i magicznego miejsca jakim jest dyżurka lekarska, na wypisywaniu kart zgonu kończąc. Niestety nie tylko wyobrażenia o pracy lekarza wyniesione z serialu Doktor House umierają w szpitalu. Niemniej, każde praktyki to nowe doświadczenie, które jest wartościowe nie tylko ze względu na wdrażanie się do przyszłego zawodu. Nieznane miejsce, nieskończone możliwości do zrobienia z siebie idioty na oczach pracujących tam ludzi, ale też trochę szansy na odwalenie dobrej roboty i przy okazji nauczenie się czegoś.

Tak więc nawet jeśli Skaju, kiedy pierwszego dnia usłyszał, że są dwa przyjęcia na odcinku męskim, skoczył szybko do pobliskiej Biedronki po colę i czipsingi, coby z pustymi kopytami nie przychodzić na imprezę, tak po czterech tygodniach wiedział już nawet, co to emefka oraz kiedy może być potrzebna i że inka to nie tylko kawa zbożowa. Nauczył się też między innymi, z czego składa się dokładnie dokumentacja pacjenta na oddziale oraz jak wypisuje się karty zleceń.

Bo generalnie to w szpitalu wszystko się wypisuje. Recepty, zlecenia, zaświadczenia, wnioski do pomocy społecznej, konsultacje, badania, wypisy jak sama nazwa wskazuje też się wypisuje. Za pomocą wypisu wypisuje się pacjenta ze szpitala oczywiście. Z kolei przyjęcia... się robi. Ale żeby zrobić przyjęcie, trzeba mnóstwo rzeczy wypisać, więc i tak jak się nie obrócisz, zad będzie z tyłu. Tylko długopisy się nie wypisują, bo po pierwsze większość dokumentacji drukuje się z komputera, a po drugie przedstawiciele firm farmaceutycznych zapewniają stały dopływ artykułów biurowych.

W ogóle ta cała dokumentacja jest bardzo ważna. Nie każdy jest godzien, żeby móc ją uzupełniać. Skaj do dzisiaj nie rozumie, dlaczego o większość rzeczy z nią związanych wszyscy prosili raczej jego koleżankę, również na praktykach po trzecim roku, mimo że starał się wyglądać tak profesjonalnie jak się dało. Nawet koszulę z kołnierzykiem założył pod kitel i w ogóle. Całe szczęście roboty bywało na tyle, że nawet jego do niej zaprzęgano i nie musiał się nudzić, czytając po raz n-ty historie choroby pacjentów z oddziału tudzież kieszonkowy podręcznik do interny. Przy okazji, jeżeli chcieliście wiedzieć, co robią ambitni praktykanci, gdy nie mają co robić, to już wiecie. Kieszonkowy podręcznik do interny. Ewentualnie tacy, którzy chcą wyglądać na ambitnych...
Niech ktoś mi zabierze cienkopis D:
Gdzie tu miejsce na naukę? Na PRAKTYKĘ? Z reguły pomiędzy stałymi punktami dnia, czyli odprawą, wizytami i uzupełnianiem kart gorączkowych (karty gorączkowe, jak sama nazwa wskazuje, służą do zaznaczania ciśnienia tętniczego). Jest to czas wypełniony bieganiem po oddziale w poszukiwaniu zajęcia, chodzeniem jak cień za jednym z lekarzy i zadawaniem  wszystkich pytań, o jakich się tylko pomyśli i będą wystarczająco inteligentne, analizowaniem wyników badań i poznawaniem pacjentów zarówno przedmiotowo jak i podmiotowo. Znalazło się nawet trochę okazji, żeby porządnie podszkolić się w pobieraniu krwi i wreszcie kogoś zacewnikować.

Tja... tylko szkoda, że żeby się czegokolwiek nauczyć, trzeba pchać się do wszystkiego samemu, a jeżeli jakiemuś studentowi trafi się gorszy oddział, gdzie lekarze mają w zwyczaju olewać studentów ciepłym moczem, ma pozamiatane na starcie. Ja rozumiem, że przyszły lekarz powinien sam wykazywać ogólny pęd do kształcenia i że nikt niczego w życiu nie podaje na tacy, no ale serio? To chyba nie jest jakieś nie wiadomo co, żeby zamiast bezsensownych fakultetów, na które chodzi się często tylko po to, żeby mieć obecność, nie zrobić chociażby paru godzin zajęć typowo praktycznych w semestrze. A tu na dodatek trzeba jeszcze płacić szpitalowi, żeby łaskawie zechciał przyjąć do siebie na praktyki. Podczas gdy tacy nasi znajomi studiujący na ten przykład informatykę mają nawet czasem praktyki płatne. W sensie, że to oni dostają pieniądze.

Ufff... dobra. Wylałem trochę żalu.

Miesiąc to jednocześnie dość, żeby z wyraźną ulgą podsunąć pani ordynator kartkę z potwierdzeniem odbycia praktyk i dostać kolejną piękną pieczątkę do kolekcji. Jeszcze długo każde spojrzenie na historię choroby będzie wywoływać odruch wymiotny i nagły przypływ senności. Aż do października. Potem zabawa zaczyna się od nowa.