Dodatkowo w sezonie nieodłącznym elementem miejskiego krajobrazu są artyści uliczni rozlokowani w strategicznych miejscach na placach oraz wzdłuż ulic i deptaków. Zmierzając już do meritum po tym przydługim wstępie, tego lata wśród wspomnianych artystów można było zobaczyć (i posłuchać) – tak dla odmiany – niżej podpisanego. Skaj tym razem ze względu na swoje przyrodzone lenistwo oraz, jak twierdzi, resztki godności osobistej nie towarzyszył mi w tym jakże ubogacającym przedsięwzięciu. Zamiast tego zajmował się oglądaniem „Breaking Bad” oraz systematycznym podprowadzaniem mi zarobionych drobniaków.
Na przykład Jakob. Poznałem go, gdy grałem koncert Głazunowa. Generalnie to ten kawałek często mi ktoś przerywał. Utwór trwa jakieś piętnaście minut i jest w nim trochę pauz, gdzie normalnie wchodzi orkiestra, a ja na chwilkę wyjmowałem instrument z ust i ludzie myśleli, że już skończyłem. Jakob zadał mi wtedy pytanie, którego żaden uliczny muzyk się nie spodziewa:
W przypływie wielkoduszności łaskawie mu pozwoliłem. Podczas następnej pauzy (no nie pozwolą mi dograć tego Głazunowa do końca) zagaił z kolei, czy nie myślałem może o jazzie. Na początku mu tłumaczę, że coś tam improwizuję, ale moją silniejszą stroną jest klasyka i od słowa do słowa... gość wyciąga gitarę i zaczyna grać. Śpiewał też całkiem nieźle, a ja wrzucałem do tego swoje wstawki na saksofonie. Umówiliśmy się jeszcze na wspólne granie po sesji wrześniowej. I powiedzcie mi teraz, że muzyka nie łączy ludzi!
Oprócz tego standard: paru Azjatów cykających fotki wszystkiemu, co się ruszało (w tym mi), niespodziewanie mili strażnicy miejscy sprawdzający moje papiery i dzieci podchodzące nieśmiało do otwartego przede mną futerału, ściskając w dłoni pieniążek, który przed chwilą dostały od rodziców.
Tak więc jeżeli w przyszłości spodoba ci się jakiś artysta uliczny, okaż mu to. Niekoniecznie w jakiś materialny sposób. Dzięki takiemu właśnie okazywaniu swoje granie wspominam bardzo miło, chociaż nie okazało się raczej finansowym sukcesem. Za rok mam zamiar przygotować się lepiej i zrobić coś bardziej chwytliwego. Spójrzmy prawdzie w oczy – pojedynczy saksofon altowy grający a capella muzykę klasyczną nie jest czymś, co jest w stanie poruszyć tłumy. No chyba żebym był Arno Bornkampem. Niestety nie jestem...
PS. Skaj twierdzi, że za mało aktywizuję czytelników. Nie stawiam w postach pytań i nie zachęcam do zostawiania odpowiedzi w komentarzach, nie zintegrowałem strony z fejsbukiem i gugleplusem i w ogóle to za przeproszeniem ch*ja robię, a nie prowadzę bloga, bo samo pisanie postów wystarczyło może dwadzieścia lat temu, kiedy z internetem łączyło się przez modem telefoniczny, a super futurystycznym sprzętem i szczytem luksusu był monitor CRT z płaskim kineskopem. Więc... Taaa... Jeśli macie jakieś pytanie odnośnie takich występów ulicznych, zdobywania pozwolenia, opłat i przebiegu przesłuchań kwalifikacyjnych, chętnie na nie odpowiem.
















