Tak więc nawet jeśli Skaju, kiedy pierwszego dnia usłyszał, że są dwa przyjęcia na odcinku męskim, skoczył szybko do pobliskiej Biedronki po colę i czipsingi, coby z pustymi kopytami nie przychodzić na imprezę, tak po czterech tygodniach wiedział już nawet, co to „emefka” oraz kiedy może być potrzebna i że „inka” to nie tylko kawa zbożowa. Nauczył się też między innymi, z czego składa się dokładnie dokumentacja pacjenta na oddziale oraz jak wypisuje się karty zleceń.
Bo generalnie to w szpitalu wszystko się wypisuje. Recepty, zlecenia, zaświadczenia, wnioski do pomocy społecznej, konsultacje, badania, wypisy – jak sama nazwa wskazuje – też się wypisuje. Za pomocą wypisu wypisuje się pacjenta ze szpitala oczywiście. Z kolei przyjęcia... się robi. Ale żeby zrobić przyjęcie, trzeba mnóstwo rzeczy wypisać, więc i tak jak się nie obrócisz, zad będzie z tyłu. Tylko długopisy się nie wypisują, bo po pierwsze większość dokumentacji drukuje się z komputera, a po drugie przedstawiciele firm farmaceutycznych zapewniają stały dopływ artykułów biurowych.
W ogóle ta cała dokumentacja jest bardzo ważna. Nie każdy jest godzien, żeby móc ją uzupełniać. Skaj do dzisiaj nie rozumie, dlaczego o większość rzeczy z nią związanych wszyscy prosili raczej jego koleżankę, również na praktykach po trzecim roku, mimo że starał się wyglądać tak profesjonalnie jak się dało. Nawet koszulę z kołnierzykiem założył pod kitel i w ogóle. Całe szczęście roboty bywało na tyle, że nawet jego do niej zaprzęgano i nie musiał się nudzić, czytając po raz n-ty historie choroby pacjentów z oddziału tudzież kieszonkowy podręcznik do interny. Przy okazji, jeżeli chcieliście wiedzieć, co robią ambitni praktykanci, gdy nie mają co robić, to już wiecie. Kieszonkowy podręcznik do interny. Ewentualnie tacy, którzy chcą wyglądać na ambitnych...
![]() |
| Niech ktoś mi zabierze cienkopis D: |
Tja... tylko szkoda, że żeby się czegokolwiek nauczyć, trzeba pchać się do wszystkiego samemu, a jeżeli jakiemuś studentowi trafi się gorszy oddział, gdzie lekarze mają w zwyczaju olewać studentów ciepłym moczem, ma pozamiatane na starcie. Ja rozumiem, że przyszły lekarz powinien sam wykazywać ogólny „pęd do kształcenia” i że nikt niczego w życiu nie podaje na tacy, no ale serio? To chyba nie jest jakieś nie wiadomo co, żeby zamiast bezsensownych fakultetów, na które chodzi się często tylko po to, żeby mieć obecność, nie zrobić chociażby paru godzin zajęć typowo praktycznych w semestrze. A tu na dodatek trzeba jeszcze płacić szpitalowi, żeby łaskawie zechciał przyjąć do siebie na praktyki. Podczas gdy tacy nasi znajomi studiujący na ten przykład informatykę mają nawet czasem praktyki płatne. W sensie, że to oni dostają pieniądze.
Ufff... dobra. Wylałem trochę żalu.
Miesiąc to jednocześnie dość, żeby z wyraźną ulgą podsunąć pani ordynator kartkę z potwierdzeniem odbycia praktyk i dostać kolejną piękną pieczątkę do kolekcji. Jeszcze długo każde spojrzenie na historię choroby będzie wywoływać odruch wymiotny i nagły przypływ senności. Aż do października. Potem zabawa zaczyna się od nowa.


















