Nie wypada być pegazem
Bo generalnie to w dzisiejszych czasach bycie pegazem jest trudne. Jakby sama niebieska sierść i kopytka nie przeszkadzały wystarczająco w codziennym funkcjonowaniu...
Pegaz na mikrobiologii - czyli czym się różni lekarz od wiedźmina
Nauka na mikrobach ogranicza się do dwóch podstawowych, niemalże egzystencjalnych pytań, z którymi prędzej czy później musi się zmierzyć każdy adept sztuki medycznej, praktykujący lekarz a także wiedźmin czy inny eksterminator...
Sen
Topos teatrum mundi w wersji kopytnej oraz sztuka improwizacji.
Dzień z życia praktykanta #4 - okiem Skaja
Na praktyki po czwartym roku przywiało nas ze Skajem na dwa różne oddziały. Ja swoich jeszcze nie zacząłem, ale za to on zaoferował się, że coś skrobnie. No i skrobnął. Nawet się nie domyślacie, jak ciężko było mi odczytać jego odręczne (odkopytne?) pismo...
Saksofon, jakiego nie znacie
Generalnie większość ludzi wie, albo przynajmniej kojarzy, że instrument, o którym mowa zyskał swoje miano od nazwiska swojego pierwszego konstruktora. Z Saxa to w ogóle niezły numer był...
środa, 19 sierpnia 2015
1000 wyświetleń bloga!
poniedziałek, 20 lipca 2015
Dzień z życia muzyka
Jak zapewne już większość z was zdążyła zauważyć, nawet jeżeli nie czytacie „Dnia...” od początku, Skaju jest saksofonistą. Nawet jeżeli wszystko wskazuje na to, że w przyszłości światła reflektorów i żel w grzywie będą ustępować miejsca lampom bezcieniowym i białym kitlom, swoją drugą pasję traktuje bardzo poważnie, co czasami wiąże się z pewnymi niedogodnościami. Bądź co bądź, duża i stosunkowo ciężka czarna walizka nie jest standardowym wyposażeniem studenta medycyny, a obowiązki pań w szatni rzadko kiedy wybiegają poza standardową trójkę: kurtki, parasole, damskie torebki. Próba zostawienia u nich instrumentu kończy się zwykle pytaniami o zawartość walizki, odmową lub - i wbrew pozorom to jest najgorsze - Morderczym Spojrzeniem numer 7 znanym także jako Dobra Daj Mi To Coś I Zejdź Mi Z Oczu.
Ale warto. Nawet nie dlatego, że płeć piękna leci na muzyków (bo leci, ale o tym innym razem). Warto dla tego, co stanie się wieczorem. Gdy panie z szatni odprowadzą Skaja nienawistnym wzrokiem, wydawszy mu instrument, a nasz pegaz wsiądzie w autobus w drodze na koncert, zacznie się dzień z życia muzyka.
Takie „garderoby”, jak się już je znajdzie, bywają różne: od zupełnie nieistniejących po oddzielne pokoje albo namioty przy scenie plenerowej czasem nawet z bonusem w postaci cateringu. Na catering oczywiście nie rzucamy się jak banda hipsterów na moccacino z mlekiem sojowym w Starbucksie. Bądź co bądź, jesteśmy profesjonalistami. Najgorszym faux pas, jakie można w tym momencie popełnić, jest szturchnięcie gitarzysty kopytkiem i rozemocjonowany szept: „Ziooooom, jemy?”. Skaju jako Doświadczony Muzyk (DM) wie, że dozwolone jest najwyżej jedno dwu i pół sekundowe spojrzenie w stronę stolika i lekkie uniesienie kącika ust z aprobatą. Najpierw trzeba zająć się swoim instrumentem i zacząć przygotowania do występu.
Gdyby trzeba było wybrać jedną rzecz jako najmniej lubiany element przedkoncertowej rutyny, byłoby to na pewno nagłaśnianie zespołu. Nie tylko dłuży się niemiłosiernie, ale na dodatek i tak zawsze po występie ktoś podchodzi i mówi, że w ogóle nie było słychać saksu albo perkusja była za głośno. To zwykle trzeci moment, gdzie Skaju przenosi się myślami w daleką przyszłość, gdzie na wszystkie koncerty będzie jeździł z własnym dźwiękowcem. Drugi jest wtedy, jak w czasie grania okazuje się, że jednak nie słyszy się dobrze w odsłuchach. Naprawdę mało rzeczy potrafi tak zepsuć granie jak kiepski odsłuch, ot co.
Stop. Niech tym razem przemówi muzyka. Mógłbym próbować opisać to, co dzieje się, gdy perkusista nabije pierwszy utwór, a zgromadzona we wszystkich energia wreszcie znajdzie ujście w decybelach wydobywających się z głośników. Mógłbym, ale to by się mijało z celem i wyszłoby sztucznie lub niepotrzebnie patetycznie, biorąc pod uwagę moje umiejętności pisarskie.
Ale to dobrze. W muzyce właśnie to jest piękne, że wcale nie potrzebuje słów, a każdy przeżywa ją sam w zupełnie niepowtarzalny i fantastyczny sposób i... Znów wyszło sztywno. Posłuchajcie lepiej Marienthala.
No i koniec. Aplauz, czasem bis, adrenalina opada. Ukłon, kurtyna. Trzeba w końcu pozbierać zabawki, wyjść do znajomych, których wcześniej zauważyło się ze sceny, podziękować za miłe słowa, gdy udają, że wcale nie słyszeli jak w połowie grania zepsułeś solówkę i... Wrócić do domu. Gra na dwa fronty jako student medycyny i muzyk przy dostatecznie dużej ilości samozaparcia lub - jak w przypadku Skaja - szczęścia może się udać, jednak rzadko jest czas, żeby po koncercie zostać na afterze. Niedługo po ostatnim ukłonie można zobaczyć jeszcze małego niebieskiego pegaza z czarną walizką na grzbiecie, jak przeciska się między ludźmi, co jakiś czas zaczepiając kogoś i podawszy na pożegnanie kopytko, mówi cicho: „Dzięki za granie, stary. Muszę już lecieć. Widzimy się w środę”.
Bo w środy Skaj ma próby zespołu.
piątek, 19 czerwca 2015
Sen
Dlatego właśnie truizmu na koniec nie będzie. Weźcie idźcie coś zróbcie ze sobą zamiast czytać rozprawy o niebieskich pegazach. Improwizować też trzeba umieć. Każdy jazzman wam to powie.
wtorek, 19 maja 2015
Pegaz na mikrobiologii – czyli czym się różni lekarz od wiedźmina
Co to jest i jak to zabić?
Z tą różnicą, że studentów medycyny celowo rozprasza się jeszcze jakimiś mniej istotnymi ciekawostkami, coby w przypływie upojenia mocą nie zaczęli sobie masowo zapuszczać włosów i farbować ich na biało oraz pod fartuchem nosić dwóch mieczy – jednego srebrnego, a drugiego nasączonego wankomycyną bądź jakimś innym antybiotykiem.
Asystenci... Właściwie chodzi tutaj o jedną asystentkę, która trafiła się naszemu pegazowi i będzie odtąd nazywana Buką. Bo tak. Jej prawdziwej ksywki nie zamierzam ujawniać. Handlujcie z tym.
Nie chodzi o to, że jest trudno. Skaju radził już sobie z trudnymi przedmiotami i i często ma zwyczaj narzekać ot tak, dla samej sztuki – żeby nie wyjść z wprawy. Niemniej asystent, który sprawia, że zaczynasz się denerwować już poprzedniego dnia, a po zajęciach z nim musisz przez chwilę ochłonąć i się uspokoić, jest warty wzmianki. Tym bardziej, że do tej pory trafiło się takich dopiero dwóch – pierwszy był na drugim roku, na biochemii (jeśli parę osób będzie chciało, o nim też coś napiszę).
Po pierwsze, Buka jako jedyny z asystentów zwraca się do studentów per „panie doktorze” poza zajęciami w szpitalu. Robiła to nawet na drugim roku, kiedy była z nią immmunologia. Na szczęście wtedy Skaja ominęło jej towarzystwo. Wielu już w jej obecności chciało zaprotestować, że „przecież my się dopiero uczymy”, jednak takie sentymenty nikogo na mikrobach nie ruszają. Ktoś mógłby powiedzieć, że to tytułowanie pochlebia studenciakom i rzeczywiście często tak jest, jednak Skaj nie może się pozbyć wrażenia, że Buka robi tak raczej po to, żeby się z niego nabijać.
I chyba właśnie to najbardziej Skaja przeraża i denerwuje w osobie doktor Buki. U niej, na przedostatnim przedmiocie teoretycznym tych studiów, musisz stawić czoła prawdzie: jest pięćdziesięcioprocentowa szansa na to, że będziesz jej kolejnym rozczarowaniem. Kolejnym lekarzem, który nie potrafi prawidłowo opisać i przechować próbki kału, nie wspominając już o pobraniu krwi na posiew albo błędnym dostarczeniu do laboratorium wymazu z przedsionka nosa, gdy podejrzewa się zapalenie zatok o etiologii bakteryjnej (w tym przypadku tylko punkcja, nie żadne tam wymazy!). Właśnie tak.
Tylko że wcale nie.
Za parę lat, kiedy do doktora Skaja przyjdzie jakiś pacjent wymagający diagnostyki mikrobiologicznej, wszystkie właściwe próbki zostaną pobrane we właściwy sposób, opisane i wysłane specjalnie do laboratorium doktor Buki razem ze zdjęciem niebieskiego pegaza pokazującego język do obiektywu. W sumie gdyby nie to, że ma kopytka, pewnie pokazałby środkowy palec, więc może to i lepiej, że go Bozia takimi a nie innymi kończynami obdarzyła... Ahem... No więc przyjdą do niej te próbki i to zdjęcie.
A wtedy Buka w końcu się uśmiechnie.
------------------------
Przy okazji, dodałem do strony głównej zakładkę „O blogu”, jakby ktoś był ciekawy o co kaman.
czwartek, 16 kwietnia 2015
Rozmowa ze smokiem #1
![]() |
| Szczerbatek is not amused |
No bo jeżeli już nawet smoki są takie miłe, ładne i przyjazne, to gdzie w takim świecie jest miejsce dla pegazów? I co się stało ze starymi, dobrymi bestiami, które machnięciem ogona mogły zmieść z powierzchni ziemi pół wioski, drugie pół jednocześnie przypiekając ogniem na chrupko? Czy wszystko, co ma się podobać dzisiejszej młodszej publiczności, musi w mniejszym lub większym stopniu przypominać kota?
I tak, zanim ktokolwiek znowu zwrócił uwagę na milczącego pegaza trzymającego się z boku, Skaj postanowił, że ktoś musi mu odpowiedzieć na parę pytań i głęboko w swoim niebieskim zadzie ma konwencję bloga i jakiekolwiek resztki realizmu, a także swoją niechęć do crossoverów. Potarł lekko przednim kopytkiem o chodnik dla dramatycznego efektu i upewniwszy się, że wszyscy na niego patrzą, bez słowa wystartował w górę.
Jeszcze tylko mały przystanek w domu na siku, spakować notatnik i wszystko gotowe do podróży.
Rozmowa ze smokiem
– Dlaczego przyjaźnisz się z ludźmi? Dlaczego pozwalasz im się traktować jak zwykłe bezrozumne zwierzę? Ty niby masz być potomkiem gromu i błyskawicy?
Gdyby nie fakt, że Skaj był jakieś cztery razy mniejszy od rozmówcy, te pytania mogłyby nawet brzmieć oskarżycielsko. Niestety trudno jest oskarżać kogoś, kto machnięciem łapy może ci pogruchotać kości i właśnie spogląda na ciebie z uśmiechem wyrażającym uprzejme zainteresowanie. Zamiast tego pegazowi wyszło coś pomiędzy stęknięciem a płaczliwym protestem. Z rezygnacją pogratulował sobie w duchu, że przynajmniej głos drżał mu tylko troszkę.
– O ile dobrze pamiętam, to był „przeklęty pomiot burzy” – smok przewrócił oczami – ale twoja wersja podoba mi się bardziej. Widzisz – kontynuował – moglibyśmy leżeć teraz w jakiejś ponurej pieczarze w górach, pomiędzy walającymi się wszędzie zwęglonymi kośćmi i tego typu podobnym badziewiem. Bez większego problemu mogłem zestrzelić cię z nieba pociskiem z plazmy, gdy widziałem, jak lecisz w moją stronę. Wreszcie, rozmawiając teraz z tobą, mógłbym siedzieć dostojnie wyprostowany zamiast ryć w ziemi kawałkiem starego konara...
Skaj ostrożnie przyjrzał się nieregularnym wzorom żłobionym naokoło przez smoka.
– Bardzo... ładne. - wypalił nagle, uśmiechając się do Szczerbatka. – Te wzory takie... intrygujące... – próbował brzmieć choć trochę przekonująco, choć jego wiedza o sztuce ograniczała się się zwykle do rozróżniania obrazów na takie, które mu się podobają, i te brzydsze. Czasem, tak jak teraz, gdy chciał zabrzmieć inteligentnie, używał też różnych wariacji słowa „ciekawe”. Sztuka Szczerbatka była czymś przypominającym hybrydę Pollocka i Picassa. Współcześni artyści, żeby tworzyć coś takiego, potrzebowali według Skaja co najmniej tyle samo tupetu, ile talentu, jednak to spostrzeżenie postanowił wyjątkowo zachować dla siebie.
– Dzięki – Smok się rozpromienił. – Postanowiłem poeksperymentować z klasycznym ujęciem preindustrialnego nihilizmu – wyjaśnił z dumą w głosie. – Czkawka nigdy by się na tym nie poznał, dlatego...
– No właśnie! – Skaj zyskiwał pewność siebie. – Jest wobec ciebie protekcjonalny, a ty mu na to pozwalasz. Zachowujesz się przy nim jak zwierzę - dodał, licząc, że rozmowa powróci na pierwotne tory i nie będzie musiał obnażać swojego braku wiedzy na temat jakiegokolwiek nihilizmu, a już szczególnie preindustrialnego.
– Słuchaj – Szczerbatek westchnął ciężko i odłożył konar. – Zdradzę ci pewien sekret – Pochylił się nad pegazem tak, że ten musiał zadrzeć głowę do góry, żeby spojrzeć mu w oczy. – Nie jestem człowiekiem.
– W... wiem, ale...
– Nie wiesz – Smok przez chwilę wydawał się rozbawiony, ale zaraz spoważniał. – Czkawka nigdy nie będzie mnie traktował jak człowieka, a ja wcale tego nie chcę. Udawanie kogoś, kim się nie jest tylko po to, żeby sprostać cudzym wyobrażeniom i oczekiwaniom jest głupie. Fakt, że smoki mają zupełnie inne prawa i obowiązki niż ludzie, wcale nie przeczy temu, że jesteśmy równi jako osoby... Nadążasz?
Skaj powoli pokiwał głową, nie spuszczając wzroku z rozmówcy.
– No to pozwól, że zapytam: woziłeś kiedyś kogoś na swoim grzbiecie? – zagadnął niespodziewanie Szczerbatek.
– Zdarzyło mi się – Pegaz wzruszył skrzydłami. – Czasem, jak musiałem opiekować się jakimś młodszym dzieckiem...
"Na szczęście nie za często" – dodał już w myślach. Skaj bał się dzieci. Zapytany zwykle wolał mówić, że po prostu za nimi nie przepada, ale tak naprawdę chodziło o to, że wydawały się mu przerażająco... bezpośrednie. Nie ważne, kim jesteś, czy w przyszłości zostaniesz lekarzem, czy na ostatnim koncercie dostałeś owacje na stojąco. Jak nie radzisz sobie z zabawianiem trzylatka dłużej niż dziesięć minut, jesteś zerem. Jeżeli samo dziecko nie da ci tego do zrozumienia, zrobią to osądzające spojrzenia Reszty Świata.
– Czy uważasz, że cię to poniża? – kontynuował po chwili smok. Nie siedział już przy pegazie. Wpatrywał się w spokojną taflę jeziora wypełniającego prawie pół kotliny, w której się znajdowali.
– Rozumiem – wymamrotał Skaj, przyglądając się swoim kopytkom, ale po chwili znowu podniósł głowę. – Po prostu część mnie chciałaby, żeby smoki były groźne i dostojne, wiesz?
- A ja wolę mieszkanie w cichej wiosce mojego przyjaciela od samotnej pieczary w górach – stwierdził Szczerbatek stanowczo, wstając nagle i rozwijając skrzydła. – Miło się rozmawiało, Skaj. Odwiedź kiedyś Berk, jeżeli będziesz miał ochotę – rzucił na pożegnanie.
Gdy tylko wypowiedział ostatnie słowo, wybił się mocno do góry potężnymi kończynami, wzlatując pionowo w niebo. Zaskoczony pegaz poczuł na pyszczku mocny strumień powietrza odpychanego wielkimi skórzastymi skrzydłami. Po chwili smok był już tylko czarnym kształtem na wieczornym niebie, a sam Skaj patrzył przez jakiś czas w górę na jego dostojną sylwetkę, która wkrótce zniknęła mu z oczu.
Wtedy przyszło mu do głowy, że jego rozmówca pokazał mu dzisiaj tylko jedną stronę swojej natury. Może to naiwne, życzeniowe myślenie, ale gdy Szczerbatek rozłożył skrzydła do lotu, w jego oczach pegaz zauważył coś, co uświadomiło mu, że ma przed sobą nocną furię – najrzadszego i najinteligentniejszego z wszystkich smoków. Niebezpiecznego drapieżnika, a nie tylko przytulankę, za którą ten chciał z jakiegoś powodu uchodzić.
Nagle, tuż przy swoim uchu Skaj usłyszał cichy szept:
– Ten nihilizm to był tylko pic na wodę. Tak sobie tylko kreśliłem w ziemi.
Gdy momentalnie obejrzał się za siebie, nikogo już nie zobaczył. Uśmiechnął się lekko do siebie, wyjął z sakwy pióro z notatnikiem, po czym usiadł na ziemi i korzystając z ostatnich promieni zachodzącego słońca, zaczął pisać.
wtorek, 22 kwietnia 2014
Dzień z życia praktykanta #2 – Typy pacjentów
1. Obrażony
3. Bezproblemowy
4. Neptyk
5. Babcia/Dziadek
poniedziałek, 24 marca 2014
Dzień z życia praktykanta
Tym razem skrzydła metaforyczne. Po pierwsze prawdziwych nie posiadała, a po drugie nikt w szpitalu nie ma czasu na to, żeby ciągle niańczyć średnio rozgarniętego studenciaka (niżej podpisanego).
Naprawdę nikt, o czym miałem okazję sam się przekonać. Ordynator oddziału? Spróbowałem go raz przyłapać na korytarzu, kiedy jeszcze mój umysł nie był w stanie do końca ogarnąć konceptu sekretarki. Prawie biegnąc obok niego, dowiedziałem się, że nie ma czasu, bo pacjent i „tak, oczywiście, proszę przyjść później”. Spławił mnie jakoś tak dziwnie, że nie tylko nie poczułem się rozczarowany, ale byłem mu jakoś dziwnie wdzięczny, że w ogóle raczył mnie zauważyć. Ten człowiek musiał mieć styl, ot co. I wtedy w moim sercu zrodziło się postanowienie: „Kiedyś też tak będę potrafił spławiać ludzi”.
Pielęgniarki na szczęście były na mnie skazane i trochę rzeczy mi pokazały, jeżeli się je o to poprosiło. Z reguły po to, by się mnie pozbyć, albo żebym mógł je w czymś wyręczyć... ale o to właśnie chodzi w praktykach, no nie? Ciągle żałuję, że nie byłem bardziej stanowczy w kwestii zakładania wenflonów i pobierania krwi, bo ani jednego ani drugiego nie miałem okazji się nauczyć. Rozumiem, gdybym od razu pchał się do skalpeli czy odbierania porodów, ale, kurczę, zwykłą igłą raczej ciężko człowieka zabić. Musiałbym naprawdę się postarać. Aż tak źle mi z oczu patrzy?
Nie powiem, może nie nauczyłem się, tyle ile mogłem, o co mogę mieć pretensje tylko do siebie. Na pewno też nie tyle, ile paru szczęściarzy z mojego roku, którzy praktyki mieli na ciekawszych oddziałach, albo trafili na bardziej opiekuńczych opiekunów. Wydaje mi się jednak, że najważniejszy był tutaj pierwszy kontakt z funkcjonowaniem szpitala "od kuchni" oraz z pacjentami. A propos tych ostatnich, udało się nam ze Skajem wyróżnić kilka typów. Opiszę w następnym poście.
















